czwartek, 2 listopada 2017

#14 Nie chcę wracać do Rochester

              Od razu otworzyłem oczy, gdy w pokoju rozbrzmiał dźwięk budzika. Poruszyłem się na materacu, chcąc się odwrócić. Było to jednak trudne, bo Calum obejmował mnie, przyciskając się do moich pleców. Naprawdę uwielbiałem spać z nim w takiej pozycji, a także budzić się rano. Wtedy miałem wrażenie, że nie tylko słyszę jego spokojny oddech, ale także bicie serca. Szkoda tylko, że dzisiejszego ranka nie dane nam będzie zbyt długie tkwienie w łóżku.
               Zauważając, że chłopak zupełnie nie kwapi się do tego, by wyłączyć dzwoniące urządzenie  byłem pewny, że nadal smacznie śpi, zupełnie nie słysząc budzika – szturchnąłem go lekko w ramię. Wymamrotał coś cicho, a potem puścił mnie, przekręcając się na drugi bok. Zakrył kołdrą głowę. Ziewnąłem, idąc w jego ślady. Niewiele myśląc, dźgnąłem go palcem w plecy.
 Spóźnisz się  odpowiedziałem, obejmując poduszkę.
                Calum ponownie mruknął coś pod nosem. Zobaczyłem wychodzącą spod kołdry rękę. Chłopak na oślep wymacał telefon, a potem wyłączył go. Domyślałem się, że nie ma najmniejszej ochoty, aby podnieść się z łóżka. Szczególnie że poszedł późno spać. Ślęczał nad papierami, a i tak nie skończył całej pracy, którą przyniósł do domu. Po raz kolejny puknąłem go w plecy.
 No weź..
 Spóźnisz się  powtórzyłem, przymykając powieki.  Jak chcesz, mogę ci zrobić kawę i śniadanie.
 Nie ma potrzeby  odpowiedział, powoli ściągając z siebie pierzynę.
                Usiadł i przeciągnął się. Cmoknął z niezadowoleniem pod nosem, a potem przetarł dłońmi zaspaną twarz. Poczułem na sobie jego wzrok, więc ponownie otworzyłem oczy. Uśmiechnął się i… Uśmiechnięty Calum był moją ulubioną wersją Caluma.
 Śpij.
 Mogę wstać i…
 Śpij  rzucił, a potem nachylił się.  Niech chociaż jeden z nas porządnie się wyśpi.
 Praktykuję to porządne wysypianie się od jakiegoś czasu i…
 Korzystaj, póki możesz  odparł, a potem cmoknął mnie w czoło, co spowodowało, że poczułem nagły przypływ przyjemnego ciepła.  Miłego dnia, Lukey.
 Miłego dnia.
              Jeszcze przez chwilę obserwowałem go, jak wstaje z łóżka, a potem podchodzi do szafy. Wyjął z niej jakieś ubrania, a potem opuścił sypialnię. Znowu zostałem sam. Gdy tylko zamknął za sobą drzwi, przekręciłem się na brzuch. Pociągnąłem za kołdrę, opatulając się nią. Przymknąłem oczy i… Nie minęło dużo czasu, jak zasnąłem ponownie.

              Po wczorajszym zawodzenie w kwestii szukania pracy, postanowiłem dostosować się do słów Caluma i nieco wyluzować. A przede wszystkim nie grzebać w tych wszystkich ogłoszeniach pod presją. Podejść do tego bardziej spokojnie, z większą swobodą. Tym bardziej, że to w jakiś sposób mnie stresowało i dość mocno na mnie wpływało. Starałem się też znów zacząć myśleć bardziej pozytywnie.
               Dzisiaj więc zamiast ślęczeć przed komputerem czy nad gazetą, sprawdziłem ogłoszenia tylko podczas porannej kawy. Potem koniec. Odpuściłem, zajmując się innymi rzeczami. Zjadłem śniadanie, posprzątałem, a następnie zabrałem się za coś, czego nie robiłem od jakiegoś czasu. Muzyka. Gdy w końcu złapałem za gitarę i usiadłem z nią na kanapie, zrozumiałem, jak bardzo mi tego brakowało. Wciągnąłem się w to od pierwszej melodii. Potem poszło jak z górki. Pojawiał się utwór za utworem, a ja czułem się lepiej i pewniej.
                Zrobiłem kolejną kawę. Zamieszałem małą łyżeczką w czarnym kubku. Przez chwilę wpatrywałem się w ten lekko wirujący napój, nad którym unosiła się delikatna para. Złapałem za naczynie i wróciłem z nim do pokoju. Usiadłem z powrotem na kanapie. Odstawiłem kubek na stół. W momencie, gdy chciałem ponownie złapać za gitarę, rozdzwonił się mój telefon. Szybko wziąłem wibrujące urządzenie, będąc pewny, że dzwoni Calum. Na mojej twarzy pojawiło się zaskoczenie, kiedy zobaczyłem zupełnie inne imię, jakie pojawiło się na ekranie.                   Wstrzymałem powietrze, nie mogąc oderwać od niego wzroku. W pewien sposób zamarłem, co skutkowało tym, że połączenie się zakończyło. Mój brat Ben jednak nie dał za wygraną i zadzwonił ponownie. Przełknąłem nerwowo ślinę, a potem wyciągnąłem drżącą dłoń. Niepewnie przejechałem palcem po wyświetlaczu, jednocześnie odbierając.
 Tak?  wydusiłem, starając się brzmieć normalnie.
– Dobrze znowu cię usłyszeć  powiedział z ulgą, a potem wypuścił cicho powietrze z ust.  Naprawdę dobrze znowu cię usłyszeć.
                Przymknąłem powieki, czując, jak momentalnie napływają mi łzy do oczu. Dodatkowo zadrżała mi dolna warga, a ja obawiałem się tego, że ze zdenerwowania zacznę szczękać zębami. Wszystko przez tę całą sytuację, jaka miała miejsce.
                Moja ucieczka lub nagły wyjazd  obojętnie jakbyśmy to nazwali  sprawiło, że odsunąłem się nie tylko od rodziców, ale także od starszych braci. Przykre było to, że zarówno Ben, jak i Jack o wszystkim wiedzieli, ale mimo tego ani razu nie próbowali się ze mną skontaktować. Ani razu nie zadzwonili, by porozmawiać. Nie chciałem tu całej winy zwalać na nich, bo sam w końcu też mogłem wykonać jeden głupi telefon. Wszystko jednak sprowadzało się do ojca i matki, a głównie do tej paskudnej relacji, jaką ze sobą mieliśmy. A to, choć nie powinno, to i tak oddziaływało na nas jako rodzeństwo. W momencie największego kryzysu, nie uzyskałem wsparcia, więc postanowiłem odsunąć się także i od nich.
                 Teraz ten jeden telefon przywołał wszystkie wspomnienia. Ten jeden telefon znów przypomniał o tym całym smutku, bólu, żalu i goryczy. Gdybym mógł, pozbyłbym się tego raz na zawsze.
 Luke, jesteś tam?
 Tak  odpowiedziałem, starając się, by głos nie zdradził tych wszystkich emocji, jakie mnie opanowały.  Co… Co u ciebie?
 Nie zaczynajmy tej rozmowy w ten sposób. Jakby nic się nie stało, bo… Obaj dobrze wiemy, że jest inaczej. I nie zamierzam… Nie zamierzam na ciebie wrzeszczeć, ubliżać ci w jakikolwiek sposób… Ja tylko… Strasznie mi głupio.
 Głupio?  wydusiłem, przecierając palcem kącik oka.
 Głupio, choć to nie jest odpowiednie słowo. Ja… Czuję się koszmarnie, przez to wszystko.
 To nie dotyczy ciebie i…
 Nie, Luke. To dotyczy nas wszystkich. Ale w końcu to zrozumiałem. W końcu to do mnie dotarło. A zajęło mi to za dużo czasu. To, co się stało w domu, to… Nigdy nie powinno mieć miejsca. Ojciec nigdy… On nigdy nie powinien podchodzić do ciebie w taki sposób. Nie powinien mówić i robić tych wszystkich rzeczy. On… Kurwa, jesteś jego najmłodszym dzieckiem, nie zrobiłeś nic złego, a on… Wstydzę się tego.
 C-co?
                Do moich oczu znów napłynęły łzy. Tym razem jednak nie potrafiłem ich powstrzymać. Powoli spłynęły mi po policzkach. Teraz tym bardziej chciałem zrobić wszystko, by Ben nie wiedział o tym, w jakim jestem stanie.
 Nie wstydzę się ciebie, braciszku  powiedział spokojnym głosem, choć i tak udało mi się wyłapać w nim odrobinę załamania.  Nie ciebie. Wstydzę się rodziców. Ich podejścia. A najbardziej wstydzę się za ojca, bo on… On nie ma żadnych granic i… Potraktował cię w taki sposób, a ja i Jack… Nie, nie będę mówił za niego. Będę mówił za siebie. Ja nic nie zrobiłem. Nie próbowałem z nimi rozmawiać, nie wtrącałem się, uważając, że to wasza sprawa. Oglądałem ten konflikt z boku, widząc to, jak cię to niszczy i… Nie zrobiłem nic, by cię zatrzymać  odparł, a ostatnie zdanie wypowiedziane zostało bardzo cicho. – Nic nie zrobiłem i… Przepraszam.
 W porządku, ja nigdy cię…
 Nie, Luke. Jestem twoim starszym bratem. Potrzebowałeś pomocy, a ja nie zareagowałem. Byłem tylko pieprzonym obserwatorem, udającym, że nic wielkiego się nie dzieje. Byłem bierny nawet w momencie twojego wyjazdu. Nadal uważałem, że to twoja sprawa i ja nie powinienem się wtrącać. Nie kontaktowałem się z tobą w żaden sposób, wciąż śledząc to, co dzieje się w domu i… Dopiero teraz zrozumiałem, dlaczego siedziałem cicho. Dlaczego nie wykonałem jednego cholernego telefonu. Bo ja też czułem wstyd. Wstyd za swoją postawę i zachowanie. Jesteśmy braćmi, Luke, powinniśmy sobie pomagać. Powinniśmy móc na siebie liczyć, a ja... Zawiodłem na całej linii. Przepraszam. Tak bardzo przepraszam.  Wytarłem mokrą od łez twarz w koszulkę, bojąc się odezwać.  Tak nie powinno być. Wiem, że milczałem zbyt długo i… Nie musisz nawet przyjmować tych przeprosin, ale… Musiałem ci to wszystko powiedzieć, by…  Teraz płakałem nie tylko ja, ale i on. Choć Ben też starał się to ukryć.  Chciałem być wiedział.
 W porządku. Naprawdę nie mam do ciebie pretensji.
 Chcę to naprawić  odparł, a jego głos stał się nieco pewniejszy.  Naprawdę chcę. Nie wiem gdzie dokładnie jesteś, ale…
 Jestem w Bostonie.
 W Bostonie? To… Miałem cichą nadzieję, że nie opuściłeś Rochester, a ten twój wyjazd polegał tylko na zmianie zamieszkania w obrębie miasta. Ale… Wrócisz?
 Gdzie?
 Do domu?
 Nie, na daną chwilę nie zamierzam tam wracać.
 Okej… Nie będę cię do tego namawiać, jeśli lepiej czujesz się tam niż tutaj.
 Zdecydowanie czuję się tu lepiej.
 To… To dobrze. Obiecuję, że będę kontaktował się częściej. Chcę mieć pewność, że wszystko… jest w porządku. Gdybyś potrzebował czegokolwiek, to dzwoń. Obojętnie o jakiej porze dnia i nocy, dobra? Po prostu… Daj znać, gdyby coś się działo.
 Dam znać  powiedziałem, nie chcąc mówić mu o problemach, które miałem.
                 Nie chciałem opowiadać mu o tych wszystkich przykrych rzeczach, jakie spotkały mnie w Bostonie. Wolałem przemilczeć tę sprawę, udając, że było dobrze. Bo gdyby nie Calum, to nadal pewnie siedziałbym w tym bagnie, będąc dalej marginesem społeczeństwa. Ale dopiero on, obcy człowiek, wyciągnął w moją stronę dłoń i pomógł się podnieść. I robił to przez cały czas.
 Muszę wracać do pracy, ale będę dzwonić.
 Trzymam za słowo  odparłem, a on zaśmiał się cicho.
 Trzymaj się, młody.
 Ty też, Ben.
                 Kiedy połączenie przerwało się, odsunąłem telefon od ucha. Spojrzałem na wyświetlacz, a potem powoli odłożyłem komórkę na stół. Z tych wszystkich emocji zrobiło mi się zimno. Zatrząsłem się, jakby w mieszkaniu momentalnie spadła temperatura. Jeszcze przez chwilę walczyłem sam ze sobą, by jakoś się uspokoić. Nie wyszło. Kolejne łzy napłynęły mi do oczu, a ja rozkleiłem się jak dzieciak. W mojej głowie nadal rozbrzmiewały słowa starszego brata.

                Byłem w kuchni, kiedy usłyszałem otwierające się drzwi. Calum wrócił do domu nieco wcześniej niż zazwyczaj. Choć nie mieszkaliśmy ze sobą, aż tak długo, to ja i tak umiałem przewidzieć czas, jaki potrzebuje, by dotrzeć z redakcji do domu. Wiedziałem, o której mogę się go spodziewać. Teraz odrobinę zaskoczony, przeszedłem do salonu.
                Hood zrzucił z nóg buty i ściągnął kurtkę. Potem spojrzał na mnie z uśmiechem. Odetchnąłem z ulgą, bo przez chwilę byłem pewny, że stało się coś złego. Chłopak, jakby czytał w moich myślach, bo zaraz te konkretne słowa padły z jego ust.
 Skończyłem dzisiaj szybciej. Pomyślałem…
                Urwał, dokładnie mi się przyglądając. Zmieszałem się, starając się nie patrzeć w jego stronę, jakby to miało ukryć przed nim to, co działo się, zanim wszedł do mieszkania. Ten czas jednoczesnego załamania, a potem przypływu nowej wiary w to, że moje życie zaczyna powoli składać się do kupy. A to wszystko przez jedną rozmowę z bratem. Domyślałem się, że moje oczy nadal mogą być lekko czerwone od tych wszystkich wylanych łez.
 Co się stało?
 Nic, jest w porządku  odpowiedziałem, podchodząc do kanapy. Usiadłem, a on zaraz zajął miejsce obok mnie.  Jest w porządku  powtórzyłem, gdy ciemne tęczówki dokładnie zlustrowały moją twarz.
 Dlaczego nie chcesz powiedzieć mi prawdy? – zapytał cicho, a ja zacisnąłem usta.
               Jedyne czego nigdy nie chciałem zrobić, to wywołać u niego przykrości i poczucia braku zaufania. Bo było zupełnie inaczej. Mówiłem mu rzeczy, których normalnie nigdy nie powiedziałbym na głos. Zwierzałem się mu z każdego problemu. I choć może potrzebowałem więcej czasu, by wyjawiać każde kolejne zdarzenie ze swojego życia, to jednak i tak w końcu opowiadałem mu wszystko ze szczegółami. A on słuchał, by pod koniec swoimi słowami podnieść mi samoocenę i samopoczucie.
 Ja…  Zawahałem się, znów tocząc walkę sam ze sobą.
 Wiesz co?  przerwał mi, a ja pokiwałem głową.  Nie spiesz się. Widzę, że coś cię gryzie i…
– To nie jest tak, że ja…
 Rozumiem, Lukey  powiedział z uśmiechem, klepiąc mnie lekko po ramieniu.  Może nie jest to odpowiednia pora, więc… Poczekam. Przemyśl sobie wszystko i wtedy mi powiedz, okej? Chcę tylko wiedzieć jedno. Czy teraz jest już wszystko w porządku?
 Jest  wydusiłem, nie odrywając od niego oczu.
 Okej, na razie tyle musi mi wystarczyć.
 Calum  zacząłem, gdy chłopak chciał się podnieść. Złapałem go też za rękę, co jeszcze skuteczniej go zatrzymało. Znów na mnie spojrzał.  To nie jest tak, że ja… Że ja ci nie ufam, bo ufam ci. Jesteś jedyną osobą, której ufam tak naprawdę i w pełni i…
 Cieszy mnie to, Lukey  odparł, przejeżdżając palcami po mojej dłoni.
                Mimo tego, co powiedział, wcale nie poczułem się lepiej. Mogłem śmiało stwierdzić, że po jego słowach poczułem się gorzej. Jakbym był jedną z tych okropnych osób, które jedyne co robią, to mydlą komuś oczy dla własnych korzyści. Dlaczego bałem się opowiedzieć o rozmowie, jaką odbyłem z bratem? Tego nie wiedziałem. Może faktycznie potrzebowałem odrobiny więcej czasu, by to przegryźć i raz jeszcze przeanalizować.
 Jesteś na mnie zły?  zapytałem cicho, czując się jak naiwne dziecko, które wie, że nabroiło. Hood zaśmiał się.
 Oczywiście, że nie.
 Obiecuję, że ci powiem.
 Czyli coś się faktycznie stało.
 Ja… Po prostu…
 Spokojnie, wszystko w swoim czasie.  Posłał mi kolejny uśmiech.  Co powiesz na małą wycieczkę?
– Słucham?
 Wracając z pracy, pomyślałem, że można by skorzystać z ładnej pogody i gdzieś wyjść, co ty na to? Chyba że wolisz siedzieć w domu?
 Nie… Chętnie pójdę.
 Świetnie. To szykuj się. Zabiorę cię w dwa fajne miejsca, które lubię.

                 Postanowiłem odsunąć od siebie odbytą rozmowę z Benem. Nie chciałem o tym dłużej myśleć. Wolałem w pełni skupić się na wycieczce z Calumem. I to sprawiło, że poczułem się faktycznie znacznie lepiej. W końcu uspokoiłem się całkowicie, koncentrując się tylko i wyłącznie na chłopaku, którego miałem obok.
                Oprócz tego zacząłem wyobrażać sobie to, że któregoś dnia  jak w końcu zdobędę upragnioną pracę i co nie co zarobię  będę mógł sam zabrać go gdzieś na miasto. Dla osoby pozbawionej jakichkolwiek pieniędzy, bez stałego źródła utrzymania, było to niemalże jak małe, ciche marzenie, które pragnąłem spełnić. Mówiąc wprost, snułem plany o idealnej randce, na którą bym go zaprosił. Na której dobrze byśmy się bawili. Liczyłem na to, że w najbliższej przyszłości uda mi się osiągnąć ten cel.
                 Nie za bardzo wiedziałem, dokąd jedziemy, bo Calum nie chciał mi tego zdradzić. Byłem więc mocno zaskoczony, gdy zatrzymaliśmy się na parkingu bostońskiego zoo. Chłopak jeszcze przez chwilę z rozbawieniem spoglądał na moją lekko zszokowaną minę. I musiałem przyznać, że przyjście tu było strzałem w dziesiątkę. Bawiłem się znakomicie. Jednocześnie wróciły do mnie te wszystkie wspomnienia, kiedy byłem dzieckiem i chodziłem w takie miejsca z rodziną  a był to czas, kiedy byliśmy zjednoczeni i zgrani. Były to jedne z weselszych wspomnień, jakie posiadałem.
                Potem pojechaliśmy na obiad, by w końcówce naszej wyprawy wylądować na plaży. Siedzieliśmy na kocu, który Calum zabrał z domu. Wokół nas panowała cisza. Na dworze od dawna było ciemno, więc i ludzi w tym miejscu było niewielu. Większość spacerujących trzymało się brzegu lub kręciło się wokół deptaka. Dochodził do nas cichy szum fal.
 Podoba mi się tu  powiedziałem, nie odrywając wzroku od ciemnego nieba. 
 Lubię tu nieraz przyjeżdżać o takiej porze. Dobre miejsce do przemyśleń.
                Zerknąłem na niego. Calum, tak jak ja wcześniej, wpatrywał się w niebo. Na jego twarzy malował się delikatny uśmiech. Sam zacząłem się uśmiechać, nie odrywając od niego oczu. Chłopak odwrócił się i na moment nasze spojrzenia znów się spotkały. Wtedy uznałem, że jest to odpowiedni czas na to, by powiedzieć mu o dzisiejszej rozmowie.
 Dzisiaj odezwał się do mnie Ben.
 Twój starszy brat? – Pokiwałem głową, biorąc głębszy wdech.  Co ci powiedział?
 Przeprosił mnie.
 Przeprosił?
 Za to, że nie dzwonił, nie pomógł mi, gdy… to wszystko się działo i… Cholernie dobrze jest wiedzieć, że jednak nie wszyscy z rodziny mają cię w dupie.
 Czyli między wami jest…
 Jest dobrze.
 Może niedługo wszystko się zmieni?
 Nie chcę tam wracać  powiedziałem, kręcąc głową. Calum uniósł brwi.  Nie chcę wracać do Rochester.
 Nikt ci nie każe  odpowiedział, łapiąc za moją dłoń. Poczułem kolejną falę przyjemnego ciepła.  Wiesz, że możesz u mnie mieszkać tak długo, jak tylko zechcesz. Pytał się o twój powrót?
 Tak, ale zaakceptował to, że wolę zostać w Bostonie.
 Może niedługo wszystko się zmieni na lepsze i…
 Dla mnie już się zmieniło – odpowiedziałem, uśmiechając się.  Dzięki tobie. Zobacz, gdzie byłem wcześniej, a na jakim etapie jestem teraz i… Naprawdę wiele ci zawdzięczam. Ty dałeś początek tym lepszym czasom. A jak znajdę pracę, będzie jeszcze lepiej. Wtedy naprawdę stanę na nogi i… W końcu będę mógł pozwolić sobie na więcej.
– Wiesz, że nie ma pośpiechu.
 Wiem  odparłem, bardziej zaciskając palce na jego dłoni.  Dziękuję.
 Za co?
 Za to, że dalej tu jesteś.
               Przybliżył się, dotykając wolną dłonią mojego policzka. Wstrzymałem oddech, czując, jak moje serce zaczyna przyspieszać. Biło tak mocno, że obawiałem się tego, że Calum może to usłyszeć. Musnął swoimi ustami moje. Po moim kręgosłupie przebiegł szybki, przyjemny dreszcz. Rozchyliłem odrobinę wargi, a on od razu przeszedł do pełnego pocałunku, który natychmiast odwzajemniłem.
 Zawsze będę. Jeśli będziesz tego potrzebował, to zawsze będę obok.
               W tym momencie, mając go tak blisko siebie, jeszcze bardziej utwierdziłem się w tym, że nie jestem tylko w nim zakochany. Że to zmieniło się w coś większego, mocniejszego i lepszego. Otworzyłem usta, by otwarcie mu o tym powiedzieć, ale… Ostatecznie znów okazałem się być tchórzem. W tej kwestii bałem się mu wyznać, to wszystko co czuję. Obawiałem się jego reakcji i rozczarowania. Bo przecież on wcale nie musiał, być na takim samym etapie, jak ja. A prawda była taka, że z każdym dniem kochałem go coraz bardziej.
               Calum spoglądał na mnie, nie gubiąc uśmiechu. Domyślałem się tego, że widział to, że chciałem coś powiedzieć. Nie mógł jednak wiedzieć, o czym dokładnie myślałem. I całe szczęście. To nadal pozostawało moją tajemnicą. A przynajmniej na razie. Może w końcu znajdę w sobie tę odwagę, by przyznać mu się do tego, co naprawdę czuję?
 Zimno ci?  Zapytał, kiedy zadrżałem.
 Odrobinę  skłamałem, bo w tym momencie pojawiające się dreszcze były skutkiem emocji, a nie chłodu.
 W takim razie wracajmy do domu.
 Nie, poczekaj  odparłem, nadal trzymając jego dłoń.  Możemy jeszcze zostać? Dosłownie na krótką chwilę.
 Nie chcę, byś się rozchorował.  Uśmiechnąłem się, a on zrobił zaraz to samo. – Tak, martwię się o ciebie.
 Nie musisz  powiedziałem, choć jego słowa znów sprawiły, że poczułem się cudownie.
 Ale to silniejsze ode mnie. Skoro jednak chcesz jeszcze trochę posiedzieć, to posiedzimy. Zmienię jednak miejsce.
                 Puścił moją rękę, przez co poczułem odrobinę rozczarowania. Jednak to odczucie bardzo szybko zniknęło. Zastąpiła je kolejna fala czułości i przyjemności. Hood usiadł za moimi plecami, a potem objął mnie ciasno. Oparłem się o jego klatkę piersiową, a on ułożył brodę na moim ramieniu. Zdecydowanie teraz zrobiło mi się cieplej. Nie miałbym nic przeciwko temu, by siedzieć z nim tak przez resztę wieczoru, a nawet nocy.
 Lepiej?
 O wiele lepiej  powiedziałem cicho, a pod moim nosem wymalował się zadowolony uśmiech.


***
Kolejna część z serii Hemmo i jego rodzina, choć tym razem źle nie było. Może jeszcze dojdzie do tego, że Cake zasiądzie z jego rodzinką do wspólnego obiadku? Zobaczymy, co z tego będzie. 
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu.

Standardowo zapraszam Was na Aska i Twittera - @RoxyDonau
Tam znajdziecie informacje o tym, co i kiedy się pojawia.

Pozdrawiam i do następnego!

#SaveMeFF