środa, 6 czerwca 2018

#24 Było koszmarnie

               Upiłem łyk kawy. Podniosłem głowę, gdy drzwi w końcu się otworzyły. Do środka wszedł Luke. A to właśnie na niego czekałem. Od razu zauważyłem w jego ręku niewielki plik kartek. Uśmiechnął się, podchodząc bliżej. Wstałem z miejsca, odstawiając kubek na bok. Obszedłem biurko, by stanąć naprzeciwko niego. Chłopak przekazał mi papiery.
 Tu masz wszystko  powiedział, nie odrywając ode mnie wzroku.
 Zjemy razem lunch?  zapytałem, odkładając wszystko na biurko.
 Nie wiem, czy Michael mnie wypuści  rzucił, krzywiąc się. – Od tej całej sprawy z Johnem dostaje kompletnego świra.  Przekręcił oczami, a następnie sięgnął do kieszeni. Wyciągnął z niej wyciszony, ale wibrujący telefon. Odwrócił go ekranem do mnie.  Widzisz? Przed chwilą wyszedłem, a to już chyba dziesiąte połączenie od niego.
 O co tym razem chodzi?
 Idą razem do kina  odpowiedział, marszcząc nos. Wyglądał teraz naprawdę uroczo.  Chce ode mnie kolejnych rad, ale nie oszukujmy się, ja się wcale na tym nie znam.
 Widać uznał cię za dobre źródło informacji  powiedziałem z rozbawieniem. Luke zerknął na mnie, a potem ciężko westchnął.  Dzisiaj zaczyna się weekend, więc trochę od niego odpoczniesz.
 W końcu. Naprawdę go lubię, ale nie mogę się doczekać wolnego.  Dotknąłem lekko jego policzka, a on od razu uśmiechnął się szeroko.  Pomyślałem, że może dzisiaj zjemy na mieście.
 Dobry pomysł. Dzisiaj przyjeżdża Ben, więc przy okazji wyciągniemy go z domu  odparłem, kiwając głową.
 A jutro jemy u nas. Joy przyjedzie?
 Mama nie odpuści takiego zaproszenia  powiedziałem ze śmiechem.  Mojego taty jednak nie będzie.
 Dlaczego?
 Rano wezwali go do pracy.
                 Luke już chciał odezwać się ponownie, ale nagle komórka w jego dłoń znów zaczęła wibrować. Obaj spojrzeliśmy na wyświetlacz. Michael nie dawał za wygraną. Chłopak prychnął pod nosem, robiąc niezadowoloną minę. Nie mogłem się powstrzymać i cichy śmiech wydostał się z moich ust. Luke zerknął na mnie, a potem przekręcił oczami.
 Czuję się, jak zawodowy psychoterapeuta  wymamrotał, ignorując połączenie.
 Jak ekspert od spraw sercowych.
 To ty się na tym znasz lepiej. Nie rozumiem, czemu przychodzi z tym do mnie.
 Ma cię pod ręką.
 Nadal uważam, że powinien przyjść z tym do ciebie  odparł, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
 Ja tam nie mam nic przeciwko, by rozmawiał o tym z tobą.
              Chłopak zmrużył oczy, a ja znów zacząłem się śmiać. Wyglądał naprawdę zabawnie, jak próbował wyglądać na wściekłego. Wiedziałem jednak, że nazbyt to wyolbrzymia i zły wcale tak do końca to nie jest. Uśmiechnąłem się, lekko przeczesując palcami jego włosy. Luke zrobił naburmuszoną minę, nadymając dodatkowo policzki. W końcu sam nie wytrzymał i zaśmiał się cicho.
 Hemmings, ja do ciebie dzwonię, a ty migdalisz się ze swoim księciem z bajki!
               Obaj podskoczyliśmy, kiedy Clifford wparował do pokoju. Zacisnął usta, mierząc wzrokiem najpierw mnie, a później jego. Przekręciłem oczami, patrząc na kumpla z niedowierzaniem. Michael momentami naprawdę przesadzał. Oprócz tego lubił, kiedy świat kręcił się głównie wokół niego, co sprawiało, że to jego osoba musiała być numerem jeden.
 Zaniosłem papiery tak, jak prosiłeś  rzucił od niechcenia blondyn.
 Wracamy do pracy  zarządził Michael, łapiąc go za ramię.
 Do takiej prawdziwej pracy?  odparłem ze śmiechem.
 Tak, Luke musi mi pomóc w doborze koszuli na dzisiejszy wieczór  wymamrotał, a potem pociągnął Hemmingsa w stronę drzwi. 
                Zdążyłem wyłapać jeszcze zrezygnowaną minę blondyna. To sprawiło, że znów zacząłem się śmiać. Tym razem jednak sam do siebie, bo tamta dwójka zdążyła już się ulotnić. Nie ma co, Luke miał przerąbane.

~***~
               Zerknąłem na Caluma, który uważnie rozglądał się w poszukiwaniu miejsca parkingowego. Następnie odwróciłem się w stronę bocznej szyby. Przez moment przyglądałem się znajomej okolicy. Zdążyłem się przyzwyczaić do tego miejsca i na daną chwilę nie wyobrażałem sobie tego, bym musiał z niej zrezygnować. Bym musiał się stąd wyprowadzić. Nawet jeśli miałbym się przenieść na drugi koniec miasta. Ta część Bostonu stała się moim domem. Teraz już o wiele śmielej mogłem ją tak określać.
                W końcu samochód zwolnił, a następnie zatrzymał się na samym końcu bloku, w którym mieszkaliśmy. Odpiąłem pas, a potem znów skupiłem wzrok na Calumie. Chłopak uśmiechnął się do mnie z rozbawieniem. Nadal pewnie po głowie chodziło mu moje narzekanie na jego kumpla, który angażował mnie i to, aż za mocno, w swoje życie uczuciowe. Wieczne pytania o to, co i jak ma robić, na dłuższą metę były po prostu męczące. Domyślałem się, że Michael chce po prostu, by wszystko wyszło perfekcyjnie, ale… dlaczego ja? Hood zaś miał z tego niezłą zabawę.
 Już się nie denerwuj  powiedział, kiedy westchnąłem ciężko pod nosem.  Przed nami cały wolny weekend. Odpoczniesz.
 Mam jedno kontrolne pytanie  zacząłem, nie odrywając od niego wzroku.
 Jakie to pytanie?
 Czy jako mój facet nie powinieneś mnie bronić przed swoim przyjacielem? – Hood zacisnął usta, starając się nie parsknąć śmiechem. Zrobiłem poważną minę, mrużąc jednocześnie na niego oczy, co rozbawiło go jeszcze bardziej. Po chwili wsłuchiwałem się w jego cichy śmiech.  Mogę powiedzieć, że przez niego cierpi moja psychika, a to poważny problem.
 On tylko chce…
 Ja wiem, że chce pomocy, ale… Mam ochotę strzelić sobie w łeb, jak jeszcze raz usłyszę coś na temat jego randek i Johna.
 Jak chcesz, to mogę z nim pogadać.
 Nie  odpowiedziałem, kręcąc dodatkowo głową.  Naprawdę dużo dla mnie zrobił i nie chcę, by mnie wziął za jakiegoś niewdzięcznika czy coś i…
 Luke, to, że załatwił ci robotę, nie ma tu nic do rzeczy. Jeśli cię to naprawdę męczy, powinniśmy poruszyć z nim ten temat.
                   Kiedy tylko to powiedział, poczułem się głupio. W końcu Clifford nie robił nic złego. W sumie powinienem się cieszyć, że zmienił podejście i chce stworzyć z Johnem coś fajnego. Powinienem być też zadowolony z tego, że ktoś taki jak on chce rady, od kogoś takiego jak ja. Że mnie słucha i ceni moje zdanie w kwestii miłości. A ja narzekam… Dobra, chyba faktycznie powinienem przestać o tym myśleć. Zostawić to w spokoju i skupić się na tych wolnych dniach, które spędzę z najważniejszymi osobami w moim życiu.
                  Wysiadłem z auta. Zamknąłem drzwi i przeszedłem na chodnik. Zdążyłem się odwrócić w stronę wejścia do bloku, gdy w pobliżu niego zatrzymała się taksówka. Kiedy Calum pojawił się obok mnie, razem ruszyliśmy w kierunku samochodu. A ja ani na moment nie oderwałem od niego wzroku, mając cichą nadzieję na to, że z środka wyłoni się mój brat. W końcu miał zjawić się popołudniu. I pod tym względem wcale się nie pomyliłem. Na mojej twarzy zagościł szeroki uśmiech, gdy zobaczyłem znajomą sylwetkę.
 Ben!
 Cześć, braciszku!  zawołał, machając ręką.  Calum!
 Cześć, Ben!
                   Zatrzymaliśmy się obok, kiedy chłopak wyciągnął z bagażnika niewielką torbę. Podziękował kierowcy, a następnie rzucił bagaż na chodnik. Podszedł bliżej, szybko mnie obejmując. Potem przywitał się w taki sam sposób z Calumem.
 Idziemy?  zapytałem.
 Jest jeszcze jedna sprawa  powiedział, a potem zerknął w kierunku taksówki. Dopiero wtedy zorientowałem się, że kierowca nie odjechał. Zmarszczyłem lekko nos, nie wiedząc, o co mu chodzi. Ben przestał się uśmiechać, robiąc przepraszającą minę.
 Co jest?
 Witaj, Luke.
                 Całkowicie mnie zmroziło, kiedy usłyszałem ten znajomy głos. Moje serce od razu przyspieszyło. Szybki dreszcz przebiegł mi po kręgosłupie. Te wszystkie emocje nie były jednak pozytywne. Nie były przyjemne i dobre. Moje ciało reagowało w taki sposób, bo nagle obleciał mnie kompletny strach. A on powiększył się jeszcze bardziej, kiedy kobieta wysiadła z samochodu. 
                Spojrzałem w oczy mojej matce. To były te same oczy, w które wpatrywałem się z nadzieją, gdy mój ojciec rugał mnie za to, kim tak naprawdę jestem. Kiedy mówił, że bycie osobą innej orientacji jest obrzydliwe i chore. Kiedy krzyczał, miażdżąc moje poczucie własnej wartości i pewność siebie. To były te same oczy, w których próbowałem odnaleźć pocieszenie i jakąkolwiek pomoc. Ale nic z tych rzeczy nigdy się nie pojawiło. To nigdy nie nadeszło, a ja w końcu zdecydowałem się na ucieczkę.
                  Liz nie podeszła, nie objęła mnie, nie zrobiła niczego, co by zrobiła normalna matka po tak długim niewidzeniu się z własnym dzieckiem. Z drugiej strony sam mogłem wykonać pierwszy krok, ale te wszystkie paraliżujące emocje, nie pozwoliły mi nawet odrobinę się ruszyć. Mięśnie miałem tak mocno spięte, jakby moje ciało czekało na jakiś atak. Jakbym zaraz miał znów doświadczyć tego wszystkiego, co działo się w Rochester. Zdołałem wydobyć z siebie tylko ciche powitanie, które było ledwo słyszalne.
 Mamo, to Calum Hood  przedstawił mojego chłopaka Ben.
 Miło mi panią poznać, pani Hemmings – odpowiedział od razu Hood, uśmiechając się do kobiety.
 Liz Hemmings  powiedziała, mierząc go wzrokiem od góry do dołu. Wiedziałem, że już zaczyna go oceniać. Calum jednak udał, że to spojrzenie wcale nie jest w jakiś sposób dla niego krępujące. Nadal się uśmiechał.
– Zapraszamy do nas…  zaczął Hood.
 Nie ma takiej potrzeby  przerwała mu Liz, machając jednocześnie ręką.  Dopiero przyjechałam i chciałabym w spokoju się odświeżyć.  Spojrzała na Bena.  Na pewno chcesz siedzieć im na głowie?
 Wolę być z nimi, niż w najlepszym hotelowym pokoju  powiedział Ben z uśmiechem.
 Jeśli tego właśnie chcesz  odparła, wzruszając ramionami.  Zarezerwowałam nam stolik w restauracji. Ben ma pełen adres. Chciałabym się z wami tam spotkać o siódmej.  Teraz znów skupiła niebieskie oczy na Calumie.  To zaproszenie kierowane jest również do ciebie. Chętnie poznam przyjaciela mojego syna.
 Bardzo dziękuję.
 Mam nadzieję, że przyjdziecie  powiedziała, spoglądając na mnie.
– Przyjdziemy  wydusiłem, kiwając dodatkowo głową.
 W takim razie do zobaczenia – odparła, a potem wsiadła z powrotem do taksówki. Wychyliła się jeszcze i dodała:  Tylko się nie spóźnijcie.
                    Zaraz po tym zamknęła drzwi, a kierowca ruszył. Przez moment patrzyłem na oddalający się samochód. Kompletnie nie miałem pojęcia, co się właściwie działo. Skąd wzięła się Liz i dlaczego Ben nic mi nie powiedział. Jeśli chciał zrobić mi niespodziankę, to niestety wyszło całkiem odwrotnie. Nie przy relacji, jaką mieliśmy.
 Ale to było koszmarne  usłyszałem głos brata.  Chętnie poznam przyjaciela mojego syna  pociągnął, naśladując jej ton.  Kaszana, prawda? Luke?
 Luke!  krzyknął Calum, ale ja już go nie słuchałem.
                   Ruszyłem szybkim tempem w stronę drzwi, które prowadziły do bloku. Chciałem jak najszybciej znaleźć się w bezpiecznym miejscu. A za takie uważałem mieszkanie Caluma. Miałem wrażenie, że od tego stresu i zdenerwowania telepię się już na całym ciele. Serce dalej łomotało mi w klatce piersiowej, a oddech spłycił się, jakbym nie był w stanie wziąć jednego porządnego wdechu. Czułem się tak, jakbym miał zaraz dostać jakiegoś ataku. Obawiałem się też tego, że zaraz nie wytrzymam i rozpłaczę się jak małe dziecko. Małe przestraszone dziecko, które jest przerażone perspektywą spotkania się z własną matką.
                   Miałem problem z otworzeniem drzwi. Ręka z kluczami tak cholernie mi się trzęsła, że trafienie w zamek, było naprawdę trudne. Ale w końcu się udało. Wpadłem do mieszkania. Ściągnąłem pospiesznie buty, a następnie przeszedłem do sypialni, zamykając za sobą drzwi z lekkim trzaskiem. Usiadłem na łóżku, podciągając nogi do klatki piersiowej. Owinąłem je rękami, wciskając w nie twarz.
                  Nie mogłem uwolnić się od tego paraliżującego mnie od środka strachu. A widok Liz stojącej przed blikiem, znów przywołał te wszystkie niemiłe i złe wspomnienia, o których tak bardzo chciałem zapomnieć. Chciałem, by zniknęły. Chciałem, by w końcu przestały na mnie wpływać. Chciałem się czuć znowu tak samo dobrze jak wcześniej. A nie jak inny gatunek człowieka. Ten całkowicie gorszy.
                  Prawda była taka, że nie byłem przygotowany na takie spotkanie. Nie po takim czasie i nie po tym, co się działo. Choć miałem zamiar kiedyś zobaczyć się z Liz i w spokoju porozmawiać, to jednak nie sądziłem, że ten czas nastanie właśnie teraz. Z drugiej strony było też tak, że nie byłem całkiem przekonany do tego, by w ogóle się z nią widzieć. Nadal zastanawiałem się nad potencjalną drogą do wybrania. Teraz jednak wszystko się zmieniło. Ta decyzja została podjęta beze mnie. Postawiono mnie po prostu przed faktem dokonanym, a ja na daną chwilę nie umiałem sobie z tym poradzić. Czułem jednak, że to wszystko okaże się być całkowitą porażką.

~***~
                   Wszedłem do cichego mieszkania. Wiedziałem jednak, że Luke gdzieś tu jest. Tuż za mną był Ben. Rozejrzałem się raz jeszcze po salonie. W końcu mój wzrok skupił się na drzwiach od sypialni. Byłem w stu procentach pewien, że właśnie tam znajdę chłopaka.
                  Jego reakcja wcale nie była dla mnie zaskoczeniem. Szczególnie że opowiadał mi o tym, co się działo, gdy był jeszcze w Rochester. Mówił mi też o rozmowach telefonicznych z matką, które nie należały do udanych  pomijając tą ostatnią. Jej osoba nie kojarzyła mu się z czymś dobrym. Martwiłem się o niego od samego początku, kiedy tylko zobaczyłem, jak mocno jest zdenerwowany. Tylko ślepy by nie zauważył tego stanu, w jakim się znalazł. A kiedy jego matka w końcu wsiadła z powrotem do taksówki, coś w nim pękło, a on ratował się przed wszystkim klasyczną ucieczką.
 Calum, ja naprawdę nie chciałem, by tak wyszło – powiedział Ben.
                   Spojrzałem na starszego Hemmingsa. Zacisnął lekko usta, a ja byłem pewny, że w środku czuje poczucie winy. Nie chciałem go osądzać z góry, ale sam w jakimś stopniu obarczałem go winą za to, co właśnie miało miejsce. Być może było to spowodowane w dużej mierze tym, że chciałem Luke'a uchronić przed wszystkim. A teraz to mi się nie udało.
 Mogłeś, chociaż go uprzedzić  odparłem cicho.  Wystarczyłby głupi SMS.
 Przepraszam.
 W porządku, stało się.
 Co z…
 Zajmę się nim, a ty rozgość się, okej?
 Calum?  odezwał się Ben po raz kolejny. Odwróciłem się znów w jego stronę.  Ja sam nie pomyślałem o tym, by się z nim skontaktować. Po prostu chyba byłem w szoku, że Liz od tak uznała, że jedzie do Bostonu razem ze mną. Ja… nawet nie zaprotestowałem. Nawet nie dopytałem, dlaczego jej tak bardzo na tym zależy.
 Mieli się spotkać – odpowiedziałem, uznając, że nie warto teraz robić z tego wielkiej tajemnicy.  Ale wasza matka nie powiedziała dokładnie kiedy.
                 Ben spuścił wzrok. Wziąłem głębszy wdech i ruszyłem w stronę sypialni. Cicho wszedłem do środka. Od razu zobaczyłem go siedzącego na łóżku. Skulił się, obejmując rękami nogi. Nie podniósł głowy, choć bardzo dobrze wiedziałem, że musiał wiedzieć to, że nie jest już w pokoju sam.
 Skarbie?
                 Wypuścił cicho powietrze z ust, kręcąc głową. Jego twarz nadal ukryta była za rękami, więc nie widziałem dokładnie, w jakim był stanie. Podszedłem do łóżka, a potem usiadłem na materacu, tuż obok niego. Delikatnie przejechałem palcami po jego blond włosach. Zauważyłem, jak mocniej zaciska palce na swoich przedramionach.
 Porozmawiaj ze mną.
 Jeśli chcesz wiedzieć, to nie, nie marzę się jak dzieciak  powiedział, a jego głos mimo wszystko lekko zadrżał, jakby był tego bliski.  Po prostu poczułem się…  Urwał, a ja usłyszałem, jak bierze kolejny głęboki wdech.  Ona nie jest jak Joy, Calum, ona wywołuje we mnie te wszystkie… Przypomniały mi się jej wszystkie słowa i… poczułem się tak, jakbym miał zaraz dostać ataku paniki.
 W porządku  odparłem, nadal delikatnie przeczesując jego włosy.  Ja wcale ci się nie dziwię. Twoja relacja z Liz nie jest łatwa. Ale może właśnie teraz ma nastąpić ten przełom, o którym kiedyś mówiliśmy?
– Widziałeś jej wzrok? Jak ona się na ciebie patrzyła? Jak patrzyła się na nas?  mówił dalej, nadal nie zmieniając pozycji.  Mogę się założyć, że jej postawa wcale się nie zmieniła.
 Nie dowiesz się tego, dopóki z nią nie porozmawiasz.
 Ta kolacja to będzie pieprzona klęska. Ja nawet nie chcę tam iść, bo… nie chcę, by cię obraziła, byś musiał tego słuchać.
 O mnie nie musisz się martwić.
 Przepraszam, Cally.
 Luke, posłuchaj. Mam to gdzieś, czy mnie obrazi czy nie. Nie musisz się tym przejmować. Jestem z tobą, a nie z nią. To ciebie kocham i to ty jesteś dla mnie najważniejszy. Spróbuj się przełamać i idź z nami na tę kolację.
 To będzie porażka.
 Jeśli tak, to wyjdziemy wcześniej. Jeśli tylko coś ci się nie spodoba, nie będziesz czuć się komfortowo lub Liz w jakikolwiek sposób na ciebie naskoczy, wyjdziemy. Ja i ty. Razem, okej?  Pokiwał głową.  Daj jej szansę, bo może faktycznie chce wszystko naprawić, a skoro tu jest, to warto spróbować.
 Pokładasz zbyt wielkie nadzieje, w niektórych ludzi, Calum.
 Może jestem naiwny, ale jeśli tam nie pójdziesz, nie będziesz dokładnie wiedział, na czym stoisz.
 Pójdę  powiedział w końcu.
 A ja będę cały czas obok ciebie  odparłem, nie odrywając od niego wzroku.  Przytulić cię?
 Nie, bo jak tylko to zrobisz, to na bank się poryczę  odpowiedział, a jego głos stał się odrobinę pewniejszy, jakby to całe zdenerwowanie powoli z niego schodziło. – Cal?
 Tak?
 Potrzymasz mnie za rękę?
 Jasne  powiedziałem, przybliżając się do niego. Pocałowałem wierzch jego dłoni, a potem chwyciłem go za rękę, tak jak tego chciał. Jego palce od razu owinęły się wokół mojej skóry.
 Dziękuję.
 We dwójkę damy radę  odparłem, a potem zerknąłem w kierunku drzwi.
                 Ben zagryzł wargę, nie odrywając wzroku od tej sceny, która rozgrywała się w sypialni. Zmieszał się odrobinę, gdy zauważył, że i ja na niego patrzę. Spuścił głowę, przez moment obserwując swoje stopy. Czy jego poczucie winy wzrosło? Bardzo możliwe. Teraz jednak, kiedy cała sytuacja powoli się uspakajała, nie chciałem, by i on czuł się źle. W końcu to był Ben. Popełnił błąd, ale był tylko człowiekiem. Błędy są wpisane w nasze życie. Ważne jest jednak to, by wyciągnąć z nich lekcje na przyszłość. A on bardzo dobrze to wiedział.
                 Kiedy niebieskie oczy chłopaka ponownie skupiły się na mojej osobie, kiwnąłem głową, przywołując go do nas. Niepewnie wszedł do środka. Poczułem, jak Luke ponownie się spiął, kiedy wyłapał to, że nie jesteśmy już sami. Ben usiadł po drugiej stronie łóżka. Położył bratu dłoń na ramieniu.
 Jestem z wami  odparł, nawiązując do naszej krótkiej wymiany zdań, która miała przed chwilą miejsce.  Więc jest nas trójka. Jeśli nasza matka zrobi cokolwiek, co dotknie waszej dwójki, to nie zamierzam wdawać się z nią w bezsensowne dyskusje. Wychodzę z restauracji razem z wami. Zasługujesz na szczęście, Luke, i jeśli ona nie zmieniła poglądów w kilku sprawach, to nie mam z nią, o czym rozmawiać. – Blondyn pociągnął cicho nosem, a ja od razu przejechałem palcami po jego dłoni, w celu uspokojenia go. Miałem nadzieję, że ten ograniczony kontakt mu w tym pomoże.  Jesteśmy drużyną przeciwko złej czarownicy.
 Ben – rzuciłem i mimo wszystko się zaśmiałem.
 Stwierdzam tylko fakt  odparł, a po jego zachowaniu zauważyłem, że i on nieco wyluzował. Po chwili na mojej twarzy pojawił się uśmiech, kiedy usłyszałem, że i Luke zaśmiał się cicho. Ja i Ben wymieniliśmy spojrzenia.
 Musimy przegrupować siły  zacząłem, a chłopak pokiwał głową  i przyszykować się do nowej misji. Będzie trzeba się pewnie wcisnąć w coś elegantszego.
 Kurwa, nie odebrałem smokingu z pralni  rzucił Ben, teatralnie wzdychając. Następnie dźgnął blondyna palcem w ramię.  Tylko się nie spóźnijcie, bo rzucę na was urok, wy niewdzięcznicy!  powiedział, udając Liz.  Ja się tak starałam, sama restaurację wybrałam, a wy macie czelność się spóźnić.  Luke podniósł w końcu głowę i ponownie cicho się zaśmiał. Cieszyłem się z tego, że jego mały kryzys zaczął faktycznie mijać.  O ile zakład, że mamuśka Hemmings przyleci na kolację na miotle?
 Ben!  odparł Luke, a potem wszyscy parsknęliśmy śmiechem.

~***~
                 Po mojej wcześniejszej reakcji na widok matki, która była nazbyt emocjonalna, postanowiłem, że muszę podejść do tego z większym spokojem. Znaleźć w sobie pokłady wyciszenia, nie dać się sprowokować i spróbować uwierzyć w naprawę relacji, tak samo jak robił to Calum. Nie było to jednak łatwe. W końcu dobrnąłem do tego momentu, w którym to zamiast wyciszenia, zyskałem rezygnację i wycofanie. Wiedziałem jednak, że nie mogę odpuścić. Gdybym tylko to zrobił, Liz miałaby kolejną okazję do tego, by mieć do mnie pretensje, jednocześnie wytykając mi wszystkie popełnione do tej pory błędy.
                Moje zdenerwowanie powróciło, kiedy cała nasza trójka zaczęła się szykować do wyjścia. A na tę kolację zupełnie nie miałem ochoty. Zdecydowanie poprzednie plany, które snułem z Calumem odnośnie tego weekendu, były o wiele lepsze. I przyjemniejsze. Starałem się jednak udawać, że nie przejmuję się tym tak, jak wcześniej. Szczególnie że odnosiłem wrażenie, że jestem pod czujną obserwacją pozostałej dwójki.
                  Zaśmiałem się cicho, słysząc komentarz Bena odnośnie tego, jak wyglądamy. Mianowicie każdy z nas założył na siebie ciemne spodnie i czarne koszule. Mój brat, który nadal tryskał dobrym humorem, zaproponował też byśmy do całości dodali jeszcze czarne okulary przeciwsłoneczne, by wyglądać jak tajni agenci rządowi.
 To jest znakomity pomysł!  krzyknął, a potem wparował do łazienki.
 Ben to stan umysłu  skwitowałem, odwracając się w stronę swojego chłopaka.
                  Calum z uśmiechem podszedł do mnie, a następnie powoli zaczął poprawiać mój kołnierzyk. Przejechał dłońmi po moich ramionach, a mi od razu zrobiło się cieplej. Nadal reagowałem na jego dotyk i czulsze gesty. Spojrzał w moje błękitne tęczówki, jakby oceniając stan, w jakim aktualnie się znajduję. Musnął moje usta swoimi, a potem znów uśmiechnął się szeroko. Zagryzłem dolną wargę.
 Będzie dobrze.
 Nie będzie. To będzie klęska  wymamrotałem, marszcząc nos.
 Luke…
 Wiem, wiem. Powinienem zmienić podejście, ale… ty nie znasz Liz. Nie wiesz, jaka potrafi być  powiedziałem cicho, a on złapał moje dłonie, które znów zaczęły lekko się trząść.
 Będzie okej. Pamiętaj, że uzgodniliśmy, że wyjdziemy, jak tylko coś nam się nie spodoba.
 Obiecaj mi coś  pociągnąłem, a on pokiwał głową.  Że po prostu zignorujesz to, jak zacznie w negatywny sposób mówić o osobach takich jak my. Że nie weźmiesz tego do siebie i że to… to niczego nie zmieni między nami.
 Lukey, nie musisz się o to martwić. Zresztą opinia Liz nie wpłynie na to, co do ciebie czuję. Ona nie jest tobą, a ty nie jesteś nią.
 Jesteś najważniejszą osobą w moim życiu i nie chcę, by to zniszczyła.
 O nic się nie martw. Nic takiego się nie stanie  zapewnił mnie, a ja poczułem odrobinę ulgi.
                 Naprawdę chciałem wierzyć w to, że ta kolacja odbędzie się w całkiem znośnej i spokojnej atmosferze. Że nic złego się nie wydarzy. I tego chciałem się trzymać.

                Wszedłem do budynku jako ostatni. Niepewnie rozejrzałem się po jasnym wnętrzu. Sala zapełniona była gośćmi, a między stolikami przechadzali się kelnerzy. W tle cichutko grała muzyka, choć była ona zagłuszana przez panujące rozmowy. Wziąłem głębszy wdech, czując, jak moje serce znów przyspiesza. Było mi też duszno. Wytarłem spocone dłonie w spodnie. To, co się ze mną działo, wywołane było przez najzwyklejszy stres. Naprawdę bałem się usiąść do stołu razem z matką.
                 Kiedy tylko po raz kolejny pomyślałem o Liz, odnalazłem ją na sali. Siedziała przy najbardziej oddalonym stoliku, który ustawiony był niemalże w kącie. W bordowym, dopasowanym żakiecie i ciasno spiętych blond włosach, wyglądała jak surowa pani profesor, która jest postrachem uczelni. Chłopaki ruszyli w jej kierunku. Nie mogłem uciec, choć tego chciałem, więc niechętnie poszedłem w ich ślady. Jak tylko Liz nas zobaczyła, zerknęła kontrolnie na złoty zegarek, który miła na reku, sprawdzając, czy aby na pewno się nie spóźniliśmy.
 Witam ponownie, pani Hemmings  odezwał się Calum, lekko jej się kłaniając. Kobieta odpowiedziała skinięciem głowy.
 Cześć, mamo  rzucił Ben, całując ją szybko w policzek.  Zrelaksowana po podróży?
 Nie bardzo, ale jutro zamówiłam sobie wizytę u masażysty  powiedziała, wskazując nam miejsca.
 Cześć, mamo  wydusiłem, a potem usiadłem na wolnym krześle, starając się unikać jej wzroku.
 Cieszę się, że przyszliście w komplecie  odparła, a ja nieco zwątpiłem w jej słowa. Ona nawet ani razu się nie uśmiechnęła. Dodatkowo już na starcie atmosfera przy stoliku zrobiła się nie za ciekawa. A przynajmniej ja to tak odbierałem.  Złóżmy najpierw zamówienia  zarządziła.
                  Złapałem za leżące menu, które oprawione było w grubą, brązową okładkę. Otworzyłem je na pierwszej lepszej stronie, skupiając wzrok na wypisanych daniach. Nie miałem ochoty na jedzenie. W tym momencie wątpiłem, że w ogóle zdołam cokolwiek przełknąć. Nagle poczułem, że Calum mi się przygląda. Podniosłem na niego wzrok. Uśmiechnął się. Wiedziałem, że stara się dodać mi tym otuchy i pewności siebie.
 Co wybierasz?  zapytał, przerywając jednocześnie ciszę, jaka zapanowała przy stoliku.
 Nie wiem… może makaron z warzywami i…
 Jeszcze mi oznajmij, że przeszedłeś na wegetarianizm – rzuciła Liz z niedowierzaniem, a my od razu na nią spojrzeliśmy.
 Mamo  odparł Ben, kręcąc dodatkowo głową.
                 Zacisnąłem mocniej usta, spuszczając automatycznie głowę. W pewnym momencie lekko drgnąłem, gdy Calum pod stołem złapał mnie za rękę. Gdyby to było normalne spotkanie, pewnie byłbym w stu procentach zadowolony i też onieśmielony. Teraz jednak ten gest tylko odrobinę poprawił ten beznadziejny stan, w jakim się znajdowałem.
 Co powiesz na to danie z sosem śmietanowym?  zapytał Hood z uśmiechem. Zerknąłem na niego, a potem pokiwałem głową.  Wezmę to samo.
 Czy mogę przyjąć państwa zamówienie?
                 Kiedy tylko usłyszałem głos kelnera, spojrzałem na niego. Wcześniej nawet nie zorientowałem się, że znalazł się obok nas. Liz odpowiedziała mu twierdząco, a potem jako pierwsza podyktowała mu danie, na które miała ochotę. Zaraz po niej to samo zrobił Ben.
 A dla panów?  zapytał mężczyzna.
 Dla nas makaron z warzywami w sosie śmietanowym – odpowiedział Calum, puszczając moją rękę. Z uśmiechem na ustach, złożył nasze karty, układając je równo na stole.
                Domyśliłem się tego, że zrobił to specjalnie z dwóch powodów  po pierwsze: przez komentarz mojej matki, a po drugie: solidaryzował się ze mną. Oczywiście nie byłem wegetarianinem, ale sam byłem zdania, że Liz nie powinna wtrącać się do tego, co kto je i na co ma ochotę. To indywidualny wybór każdego. Ona jednak była z tych osób, które zawsze i wszędzie muszą mieć rację. A jej podejście do tego typu diet nie było nazbyt pozytywne, choć sam nie wiedziałem dlaczego.
                 Jak tylko kelner odszedł od naszego stolika, Liz skupiła wzrok na Calumie. Przełknąłem nerwowo ślinę, znów czując narastającą panikę. A wszystko przez jej przenikliwy, dość surowy wzrok, jakby mój chłopak zrobił coś złego. Jakby czymś ją zdenerwował, choć tak naprawdę do niczego takiego nie doszło. Wiedziałem, że jeszcze chwila, a rozpocznie się seria pytań. Liz będzie ustalać, do jakiej kategorii go zaliczyć. I wcale się nie pomyliłem.
                 Przez większość czasu siedziałem cicho, dokładnie wsłuchując się w rozmowę  a raczej przesłuchanie, jakie się tu odbywało. Liz pytała, Calum odpowiadał, Ben dodawał coś od siebie. Ja jednak nie potrafiłem się do tego włączyć. Jakby nagle w mojej głowie znalazła się duża blokada, która uniemożliwiała mi normalne funkcjonowanie. Matka oczywiście musiała wiedzieć, co robią rodzice Hooda, czym on sam się zajmuje i jakie szkoły skończył.
 Przyjęli cię do tej pracy bez wyższego wykształcenia?  zapytała ze zdziwieniem, kiedy Calum opowiedział jej o tym, czym zajmuje się w redakcji.
 Wyższe wykształcenie nie jest tu istotne  odpowiedział spokojnym tonem.  Nie jest mi potrzebne.
 Nauka jest potrzebna. Nauka poszerza naszą wiedzę i horyzonty. Daje większe możliwości. Studia są bardzo ważne, bo to one pokazują, jak inteligentną jest się osobą. Potem oczywiście można ubiegać się o doktorat, co stawia cię wyżej w hierarchii. Zdobyta wiedza definiuje cię jako człowieka. Jeśli masz wyższe wykształcenie, ludzie taktują cię z należytym szacunkiem.
– Każdy ma prawo do własnej opinii. Nie należę jednak do osób, które szufladkują ludzi z uwagi na ich wykształcenie. Wykształcenie nie jest też miernikiem inteligencji danej osoby  powiedział, a ja byłem pełen podziwu dla niego, że nadal zachowywał cierpliwość.
 Nie wyobrażam sobie tego, by któryś z moich synów miał skończyć swoją edukację na szkole średniej  odparła, upijając łyk wina. Wtedy jej wzrok skupił się na mnie.  Luke, a ty kiedy zamierzasz wrócić na studia?
 Niedługo to zrobię  wydusiłem, starając się utrzymać ten niewygodny kontakt wzrokowy.
 Mamo  zaczął Ben, ale kobieta pokręciła głową.
 Po prostu chcę, by moi synowie byli kimś ważnym.
 Mamo  rzucił mój brat ostrzejszym tonem.  Możemy przestać się skupiać na edukacji.
 Sam jesteś wykształconym, mądrym człowiekiem, Ben, więc doskonale wiesz, o czym mówię.
 Sądzisz, że Calum z uwagi na to, że nie poszedł na studia jest gorszy?  odparłem, zdobywając się wreszcie na to, by powiedzieć w tej kwestii coś więcej. Hood również na nią spojrzał, czekając na jej odpowiedź.
 Uważam, że nie wykorzystał całego potencjału, jaki w nim drzemie  skwitowała, wzruszając ramionami.
 Wcale go nie znasz  mruknąłem, przenosząc wzrok na chłopaka. Calum prawie nie zauważalnie pokręcił głową, dając mi znak, że mam jej nie prowokować. Matka na szczęście nie skomentowała tego w żaden sposób, przechodząc do następnego tematu.
 Jak się poznaliście?
– Wpadłem na Luke'a w cukierni  odpowiedział Hood, naginając prawdę.  Szybko złapaliśmy wspólny język  dodał, patrząc na mnie z uśmiechem.
 I postanowiliście zamieszkać razem?  dopytała, bacznie nas obserwując.
 Mamo, Luke mieszkał w hotelu  zaczął Ben, ale matka uciszyła go machnięciem ręki. Prychnął cicho pod nosem, przekręcając jednocześnie oczami.
 Mieszkałem w hotelu  powtórzyłem słowa brata  a wtedy… na dłuższą metę to było… wyszło tak…
 Miałem u siebie wolne miejsce, więc zaproponowałem, by przeniósł się do mnie  powiedział Calum, a ja przytaknąłem szybko.  To było dla niego o wiele bardziej opłacalne.
 I mieszkacie razem do tej pory  podsumowała, patrząc to na mnie, to na niego.
                    Hood szybko odpowiedział jej twierdząco, a ja automatycznie spuściłem wzrok. Zagryzłem dolną wargę, błagając w myślach o to, by nie dopytywała się o szczegóły. By po prostu zignorowała to, że Calum i ja jesteśmy parą. To było o wiele lepsze, niż konfrontacja w tym miejscu, z jej poglądami o osobach innej orientacji. A byłem pewny, że one wcale się tak do końca nie zmieniły.

                   Leżałem w łóżku. Moje myśli cały czas były zajęte kolacją, która się odbyła. Choć nie było tak tragicznie, jak mogłoby być, to i tak czułem się po niej źle. Było mi też głupio za to, co mówiła Liz. Za jej opinie, na które tak naprawdę nie miałem wpływu. Najgorsze w tym wszystkim było to, że byłem zbyt zestresowany i sparaliżowany strachem, by jeszcze dobitniej się jej postawić. Musiałbym być też naiwny, gdybym uwierzył w to, że Liz w jakiś sposób zaakceptowała Caluma.
                  Wypuściłem cicho powietrze z ust, kiedy do pokoju wszedł wyszykowany do spania Hood. Słyszałem, jak podchodzi do łóżka, a potem jak wchodzi na materac. Po chwili poczułem znajomy zapach żelu pod prysznic, którego używał. Objął mnie, wtulając się w moje plecy. Odruchowo złapałem go za rękę, mocniej zaciskając palce wokół jego dłoni, jakby chłopak mógł w każdym momencie zniknąć.
 Przepraszam  powiedziałem cicho.
 Lukey, za co ty mnie znowu przepraszasz?
 Z tę całą kolację.
 Do najlepszych imprez bym tego nie zaliczył, ale nie było tak źle.
 Było koszmarnie.
 Wiem, że to twoja mama i w ogóle, ale… mam to gdzieś.  Zerknąłem na niego, a on obdarzył mnie szerokim uśmiechem, który tak bardzo kochałem.  Dla mnie liczysz się tylko ty. Zaciśniemy zęby, odbębniając ten weekend, a potem wrócimy do swojego normalnego życia.
 Chcę już poniedziałek.
 Wytrzymamy  powiedział, składając na moim ramieniu czuły pocałunek.  Razem damy radę.  Po chwili zaśmiał się cicho.
 Co?  wydusiłem, ponownie odwracając się do niego.
 Jutro będzie ciekawie.
 Ponieważ?
 Ponieważ jutro do kompletu będziemy mieć tu także Joy. Takie starcie tytanów. Szykuje się interesujące rodzinne spotkanie.
 Nie dobijaj mnie.
 Wiem, że to nie jest dla ciebie łatwa sytuacja i mocno na ciebie wpływa, ale musisz odrobinę wyluzować, bo inaczej się od tego pochorujesz.
 Dzisiejszy dzień to była katorga. Jestem nim wykończony.
 Dlatego idź spać. Spróbuj też o tym nie myśleć. Pamiętaj, że ja zawsze będę obok  powiedział ciszej, a ja pokiwałem głową.  Dobranoc, Lukey.
 Dobranoc, Cally.




***
Zaplanowany weekned chłopaków musiał się zmienić, a to dzięki mamie Liz. W końcu pojawiła się na dłużej w tej historii. Jak myślicie? Luke i Liz w końcu się dogadają? I co będzie, gdy pojawi się Joy?
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu :)

Standardowo zapraszam na Aska, Twittera i ogólny blog - tam znajdziecie informacje o tym, co i kiedy się pojawia. 

Pozdrawiam i do następnego!

#SaveMeFF