piątek, 10 lutego 2017

#01 Witaj, Boston!

               Zamknąłem teczkę, odkładając ją na stół. Złapałem za komórkę, którą od dłuższej chwili przetrzymywałem brodą. Moja mama nadal mówiła, a ja nawet nie próbowałem jej przerywać. Po raz kolejny dawała mi rady odnośnie samodzielnego życia, choć od ponad siedmiu lat nie mieszkałem pod jej dachem. Joy jednak to nie obchodziło. Nadal traktowała mnie tak, jakbym dopiero wchodził w dorosłość.
 Nie izoluj się od ludzi  powiedziała, akcentując każde słowo.
 Nie robię tego  rzuciłem, przekręcając oczami.
 Na pewno nie czujesz się samotny?
 Na pewno  zapewniłem, choć było to kłamstwo.
             Czułem się samotny. Od dłuższego czasu czułem się samotny. Mimo tego, że obracałem się wśród ludzi. Miałem dwójkę najlepszych kumpli, kontakt z innymi w pracy. Ale to i tak było dla mnie za mało. Gdzieś w środku nadal czułem się oddalony. Jakbym tkwił poza dziwną niewidzialną granicą.
             Problem w tej kwestii był taki, że cholernie potrzebowałem drugiej bliskiej mi osoby. Takiej, która będzie ze mną na dobre i złe. Tej, którą będą mógł się zająć, otoczyć opieką i mieć pewność, że będę miał do kogo wracać po ciężkim dniu w robocie. Ta, która sprawi, że sam jej widok i uśmiech pozwoli się rozluźnić i uspokoić. Byłem jednym z tych, którzy potrzebowali drugiej połówki, by w końcu ruszyć z miejsca i móc normalnie funkcjonować.
              Miałem to od zawsze. Dziwną chęć opiekowania i zajmowania się kimś. Potrafiłem całkowicie poświęcić się dla drugiej osoby, co nieodpowiedni ludzie wielokrotnie wykorzystywali. Z początku byłem zbyt naiwny i łatwowierny, sądząc, że jeśli jesteś dobry dla kogoś, ten ktoś cię nie skrzywdzi. Rzeczywistość jednak prezentowała się całkiem inaczej. Nie była tak idealna, jak w bajkach czy książkach, jakie czytało się za dzieciaka. W końcu kiedy nabyłem odpowiedniego doświadczenia, ucząc się na swoich własnych błędach, zacząłem inaczej postrzegać otaczający mnie świat. Zauważałem jego ciemniejsze barwy, a ludzie przestali być wzorowi i nieskazitelni. Mieli swoje skazy, zadrapania, swoją własną przeszłość, która ich ukształtowała. Nie każdy był tak dobry, za jakiego chciał uchodzić. Mimo tego nadal poszukiwałem tej konkretnej osoby, która sprawi, że moje życie nabierze znów jaśniejszych barw.
              Dwa razy byłem pewny, że trafiłem na tą właściwą osobę. Za pierwszym razem padło na dziewczynę ze szkoły. Byliśmy młodzi, a ja zakochany w niej po uszy. Moja wielka miłość, która zakończyła się zaraz po wakacjach, kiedy nasze drogi się rozeszły. Ona wyjechała z Bostonu, a ja zostałem w mieście, naiwnie licząc na to, że odległość niczego nie zmieni. Zmieniła i to szybciej, niż się tego spodziewałem. Niecały miesiąc później ona była już z innym, a ja zostałem na przysłowiowym lodzie, z klasycznym złamanym sercem.
              Drugi związek był poważniejszy. Byłem starszy, bardziej trzeźwo patrzący na świat. On również. Zaczęło się niewinnie od zwykłych niezobowiązujących spotkań. Chłopak jednak z czasem stawał się dla mnie kimś ważniejszym, a ja znów poczułem się tak, jakby los dodał mi tym skrzydeł. Zamieszkaliśmy razem. Dość długo dyskutowaliśmy na ten temat, ale w końcu wspólnie uznaliśmy, że powinniśmy spróbować. Był to najdłuższy związek, w jakim byłem. Dwa lata temu wszystko się skończyło. Przestaliśmy się dogadywać. Między nami było więcej sprzeczek i kłótni, a my jakbyśmy zapomnieli, czym jest normalna rozmowa. W końcu on tego nie wytrzymał i odszedł, oznajmiając mi, że dusi się będąc ze mną.
              Dużo czasu zajęło mi to, by się pozbierać. Wszystkie plany na przyszłość, jakie tworzyłem kiedy był ze mną, prysły, niczym bańka mydlana. Zostałem po raz kolejny sam, z roztrzaskanym sercem i poczuciem gorzkiej porażki i żalu. Czy po tym przestałem wierzyć w miłość? Nie. Wiedziałem, że gdzieś na świecie jest ktoś odpowiedni dla mnie. Liczyłem na to, że w końcu spotkam tę osobę. Przestałem jej tylko na siłę szukać. Zająłem się codziennymi sprawami, nie rozglądając się na boki. Tłumiłem w sobie obawy i lęki, spychając je na dalszy plan. Choć wracanie do pustego mieszkania nigdy nie było zbyt przyjemne. Szczególnie, gdy mocno pragnęło się tego, by ktoś w nim na ciebie czekał. Ale nie czekał. Od tamtej pory nikt na mnie nie czekał.
 Calum, słuchasz mnie?
 Tak  wydusiłem, wyrwany z własnych myśli. Kompletnie straciłem wątek, więc nie do końca wiedziałem, o czym mówiła rodzicielka.
 Jadłeś śniadanie?
 Mamo, nie mam pięciu lat  jęknąłem, po raz kolejny przekręcając oczami.
 Martwię się.
 Wszystko jest w porządku.  Zerknąłem na zegar, wiszący nad szafką z telewizorem. – Muszę kończyć.
 Zbywasz mnie?
 Ja pracuję, mamo. Zabiją mnie, jak się spóźnię.
 Jestem z ciebie taka dumna – powiedziała, a ja wyczułem, że w tym momencie musiała się uśmiechnąć.  Będę cię słuchać, jak zawsze! I tata też! Kocham cię!
 Ja też cię kocham  odpowiedziałam, a potem rozłączyłem się.
               Westchnąłem pod nosem, wsuwając telefon do kieszeni. Ruszyłem w stronę parapetu, na którym zostawiłem kubek. Wziąłem go, przystawiając go od razu do ust. Na wpół wypita kawa była już prawie zimna. Skrzywiłem się, ale jeszcze bardziej przechyliłem naczynie, pochłaniając resztkę.
               Chciałem odejść od okna, ale mój wzrok zatrzymał się na żółtym budynku, znajdującym się po drugiej stronie ulicy. Wyróżniał się na tle innych, które były ciemne i szare. Dodawał tej okolicy odrobinę więcej ciepła i kolorów. W szybach wystawowych stały kwiaty, a także specjały lokalu. Cukiernio-piekarnia Betty Cortez.
               Jednak nie to dokładnie przykuło moją uwagę. Bowiem od ponad dwóch tygodni stałym elementem cukierni był także chłopak z gitarą. Zawsze siedział w tym samym miejscu. Zawsze o tej samej porze. Betty pozwalała mu grać i zbierać pieniądze. Kilka razy widziałem, jak z nim rozmawia. Najwidoczniej nie stanowił problemu. Nie był żadnym zagrożeniem. Nie robił też nic, oprócz grania. Nie zaczepiał ludzi, nie uprzykrzał im w żaden sposób życia. Po prostu tam siedział. On i jego muzyka.
               Od samego początku, jak tylko go zobaczyłem, zastanawiałem się nad jego historią. W jakiś sposób mnie ciekawił, intrygował. Nieraz po prostu stałem ukryty w oknie, patrząc na niego i próbując dopasować wymyślone przez siebie wydarzenia. Czy miał gdzie mieszkać? Jak wyglądała jego sytuacja? Co takiego dokładnie się stało, że trafił pod cukiernię Betty?
               Zmrużyłem lekko oczy, a potem sam się uśmiechnąłem, kiedy blondyn oderwał się od gitary, by podziękować przypadkowemu przechodniowi za to, że wrzucił mu coś do kubka. Pod jego zadartym nosem wymalował się delikatny uśmiech, którym w jakiś sposób mnie zaraził. Kilka blond kosmyków wychodziło spod jego wełnianej, szarej czapki. Był szczupły, pewnie w przybliżonym do mnie wzroście. Miał szerokie ramiona i niesamowicie błękitne oczy, w których często widniał smutek i żal. Jednak ukrywał to za każdym pojedynczym uśmiechem. A gdy to robił w jego policzkach pojawiały się dołeczki. Byłem pewny, że jest młodszy ode mnie. Wnioskowałem to po jego łagodniejszych rysach twarzy, które nie wskazywały na to, że ma się do czynienia z dorosłym mężczyzną. Raczej z kimś młodszym, który dopiero wchodzi w to życie. A może się myliłem?
              Podskoczyłem nerwowo, kiedy komórka w mojej kieszeni ponownie się rozdzwoniła. Miałem nadzieję na to, że nie jest to Joy, która o czymś sobie przypomniała. Wygrzebałem urządzenie, a następnie spojrzałem kontrolnie na wyświetlacz. Dzwonił Michael.
 Tak?
 Podwieziesz mnie?
– Co się stało?
 Nie mogę odpalić tego pieprzonego złomu!
 Jasne.
 Niedługo u ciebie będę.

~***~
               Ostatni raz moje długie palce trąciły cienkie struny. Wziąłem głębszy wdech, opierając się na gitarze. Praktycznie jedynej rzeczy, która mi pozostała. Skupiłem wzrok na kolorowych samochodach, które co jakiś czas przejeżdżały po ulicy. Oduczyłem się przyglądania się ludziom. Wiedziałem, że większość tego nie znosiła. Szczególnie, gdy robił to ktoś obcy, będący na samym końcu społecznej klasy. Budynki i auta były znacznie bezpieczniejszą opcją.
               Mimo mojej zasady, nie zdołałem oderwać wzroku od dwójki mężczyzn, którzy wyłonili się z bloku, który mieścił się dokładnie naprzeciwko mnie. Jednego z nich zauważyłem już wcześniej, kiedy wchodził do klatki. Miał czerwone włosy roztrzepane na wszystkie strony, jakby w czasie drogi mocno go wywiało. Czarny, przydługi sweter zwisał mu, aż do ud, ale on najwidoczniej miał to gdzieś. Gestykulował żywo, opowiadając coś osobie idącej obok. Jego ciemno włosy partner kiwał głową, wtrącając pojedyncze słowa. W trakcie marszu narzucił na siebie czarną, dżinsową katanę, zakrywając tym wyrobione mięśnie i tatuaże, które pokrywały jego ciało. Po chwili obaj zniknęli we wnętrzu granatowego samochodu. Obaj wyglądali, jakby gdzieś się spieszyli.
              Spuściłem wzrok, koncentrując się na swoich dłoniach. Przejechałem językiem po dolnej wardze, zahaczając o zimny kolczyk. Następnie zacisnąłem usta, przypominając sobie swoje życie w Rochester. Był to czas kiedy miałem ustabilizowany i ułożony świat, a także dokładnie opracowany plan na przyszłość. Wszystko jednak się zmieniło. Wszystko się skomplikowało, kiedy pewna prawda wyszła na jaw.
              Nigdy nie byłem duszą towarzystwa. Nie obracałem się w kręgu wielkiej grupy ludzi. Nie miałem wiernej paczki znajomych, z którą spędzałem weekendy. Miałem jednak jednego przyjaciela, który później stał się dla mnie kimś więcej. I właśnie ten jeden mały szczegół zrujnował wszystko. Doprowadził do tego, że uciekłem, odcinając się od wszystkich.
               Moje życie było dokładnie zaplanowane, nie tylko przeze mnie, ale także przez moich rodziców. Ojciec chciał wciągnąć mnie do rodzinnej firmy. W tym celu poszedłem na te same studia, co moi bracia. Wybrałem tą samą specjalizację. Robiłem wszystko tak samo, jak oni. Oprócz tej jednej konkretnej rzeczy. Byłem inny ze względu na swoją orientację. A to zupełnie nie pasowało do ułożonej rodziny Hemmingsów.
               Od zawsze wiedziałem o małym poziomie tolerancji, jaką nosił w sobie ojciec. Uważał, że osoby homoseksualne są po prostu chore i rząd zamiast dawać im kolejne przywileje, powinien zmusić ich do zbiorowego leczenia. Dlatego trzymałem buzię na kłódkę, nie wchodząc w debaty, jak tylko ten temat pojawiał się przy rodzinnym stole. Robiłem to, bo też byłem inny. Gdzieś jednak w środku liczyłem na to, że być może ojciec zmieniłby zdanie, jakbym się przyznał. Jakby jeden z jego synów otwarcie się ujawnił. Nic z tego.
                Mój związek z przyjacielem wydał się całkiem przypadkiem. Rodzice przyłapali nas na czulszym momencie, kiedy on po prostu obejmował mnie podczas oglądania filmu. To wystarczyło, by rozpętało się piekło. Od razu zostałem okrzyknięty tym złym i chorym. Prawdziwa awantura wybuchła w chwili, kiedy pierwszy raz postanowiłem się mu postawić. Wrzeszczał, obrzucał mnie obelgami, by na końcu mnie spoliczkować za to, w jaki sposób hańbię dobre imię naszej rodziny. Groził nie tylko mi, ale także mojemu  już byłemu  chłopakowi. Nie dziwiłem się, że w końcu nie wytrzymał i odszedł, zostawiając mnie samego. Przecież w końcu i ja uciekłem, nie mogąc znieść wiecznych docinków, presji i toksycznej atmosfery, jaka się pojawiła. Wytrzymałem w tym koszmarze prawie rok. Potem sam się poddałem.
                Jednej nocy spakowałem się i po prostu wyszedłem z domu. Obejrzałem się za siebie tylko raz, kiedy wsiadałem do zamówionej taksówki, która odwiozła mnie na dworzec. Chciałem, jak najszybciej zmienić otoczenie i wyrwać się z Rochester. Być jak najdalej. Zacząć żyć po swojemu i już nigdy więcej nie kierować się tym, co ktoś inny zaplanował za mnie. Pierwszy raz miałem być wolny. A tą wolność chciałem odnaleźć przyjeżdżając do Bostonu.
                Los jednak nie był dla mnie łaskawy, jakby i on karał mnie za to kim jestem. Już na samym początku pojawiły się problemy, które sprawiły, że wylądowałem na ulicy pozbawiony praktycznie wszystkiego, co miałem. Będąc jeszcze na bostońskim dworcu zostawałem okradziony. Zniknęła torba z ubraniami, laptopem, papierami i kopertą z pieniędzmi, jakie wyciągnąłem z konta, zanim wyruszyłem w drogę. Zostałem z gitarą, rozładowanym telefonem, mp4 i portfelem z dokumentami. Miałem tam też trochę drobnych, dzięki czemu mogłem pozwolić sobie na kupienie, jakiegoś jedzenia. Pieniądze jednak tak szybko skończyły się, jak moje wybujałe plany.
                Nie byłem jednak osobą, która by od tak się poddała. Choć w pierwszej chwili praktycznie się załamałem, to jednak wiedziałem, że nie mogę od tak wrócić do Rochester z podkulonym ogonem. Nie po tym, jak zniknąłem. Musiałem w jakiś sposób się podnieść i spróbować czegokolwiek, co przedłuży moją marną egzystencję w tym miejscu. Nie znałem kompletnie miasta, ale na dworcu poznałem bezdomną, starszą kobietę, która skierowała mnie do noclegowni świętego Józefa. Ośrodek ten prowadzony był przez księży i za niewielką pomoc w jego funkcjonowaniu można było zyskać nie tylko miejsce do spania, ale także jeden posiłek dziennie, cieplejsze ubranie czy możliwość wzięcia prysznica. Na daną chwilę była to najlepsza alternatywa, jaką mogłem wykorzystać.
                W pierwszych dniach próbowałem też znaleźć jakikolwiek zarobek, ale przekreślało mnie to, że nie miałem stałego miejsca zamieszkania i odpowiedniego doświadczenia. Byłem tylko dwudziestolatkiem, bez dachu nad głową, który przerwał studia i który nigdy nie chodził do pracy, a jedyne co umiał, to grać na gitarze. Szybko przerwałem poszukiwania, skupiając się na muzyce. Dzięki niej przynajmniej miałem za co kupić jedzenie.
 Zrobiłeś sobie przerwę?
                Podniosłem głowę, wpatrując się w straszą kobietę, która zatrzymała się obok. Farbowane na bordo włosy, spięte miała w ciasny kok. Na nosie znajdowały się okulary, które przez swoją wielkość zakrywały jej zmarszczki wokół ciemnych oczu. Betty poklepała mnie wolną ręką po ramieniu.
 Przyniosłam ci kawę i drożdżówkę z budyniem. Wiem, że je lubisz.
 Dziękuję.  Przejąłem od niej parujący, tekturowy kubek i papierową, małą torebkę. – Co mogę dla ciebie zrobić?  Nie lubiła, jak ktoś zwracał się do niej per pani. Dla wszystkich była po prostu Betty, bez względu na to, z kim miała styczność.
 Nic nie musisz robić, Luke. To zwyczajny ludzki od ruch. Niektórzy nie wzbraniają się przed pomaganiem innym.
 Dziękuję.
 Mam też baterię. Dzisiaj rano mówiłeś, że padło ci… Czego używasz do słuchania muzyki?
 Mp4  odparłem ze śmiechem.
 Właśnie to.
 Dziękuję  pociągnąłem, kiedy wyciągnęła paluszka z kieszeni.
                Kobieta uśmiechnęła się po raz kolejny, a następnie wróciła do cukierni. Odprowadziłem ją wzrokiem, przysuwając do ust gorący kubek. Podmuchałem w kawę, a potem wziąłem mały łyk napoju, który od razu rozgrzał mnie od środka. Odstawiłem go na bok, tak samo i gitarę. Wyjąłem z kieszeni odtwarzacz. Odsunąłem klapkę, zmieniając baterię. Uruchomiłem urządzenie, wciskając do uszu słuchawki. Szybko odnalazłem odpowiednią stację. Rozsiadłem się na murku, odwijając drożdżówkę z opakowania. Uśmiechnąłem się pod nosem, słysząc początek audycji.
 Witaj, Boston! Jak mija wam ten zabiegany poniedziałkowy poranek? Dzisiaj prawie spóźniłem się do pracy, ale na szczęście udało mi się dotrzeć tu na czas. Dokładnie droga zajęła mi siedem minut. Tylko siedem minut! To był prawdziwy samochodowy sprint, ale nie bierzcie ze mnie przykładu. Ostrożność przede wszystkim! Nawet nie zdążyłem się jeszcze rozebrać. Nadal mam na sobie kurtkę. Chyba poniedziałki tak mają, że są strasznie zakręcone. To może przez to, że przez weekend większość z nas zdąży się porządnie rozleniwić? Co ty na to, Ashton?
 Ja dzisiaj miałem naprawdę problem z podniesieniem się z łóżka. Za dobrze mi się spało.
– To może na początek puścimy, jakąś dobrą muzykę? Coś, co nas rozrusza i doda energii na resztę dnia? Och, zapomniałbym o naszej stałej kwestii, którą musimy powtarzać, a którą wszyscy znają na pamięć. Tu Calum i Ashton z waszego BostonRadioOne. Nie regulujcie odbiorników, bo ten kawałek jest naprawdę dobry! Dajmy się porwać starym hitom. Pierwszy jest Bon Jovi!


***
Pierwszy rozdział za nami. Mogliśmy już teraz poznać odrobinę historii naszej dwójki głównych bohaterów. Jak widać ich życie mocno się od siebie różni. Mam nadzieję, że tej historii nie schrzanię i że to ff przypadnie Wam do gustu :)

Dziękuję za otrzymane komentarze i tak dobre przyjęcie tej historii :)

Standardowo zapraszam na Aska i Twittera - @RoxyDonau
Przypominam, że w niedzielę pojawi się co nie co o kolejnym nowym ff - zainteresowani? Mam nadzieję :D

Pozdrawiam i do następnego!

#SaveMeFF


6 komentarzy:

  1. OMFG
    Już wiem ,że to FF będzie świetne xD
    Szczerze to takiego połączenia ( Cake) jeszcze nie czytałam więc jestem podwójnie nakręcona xD

    Pozdrowienia i dużo weny
    ~Karolina~

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że to ff Ci się spodoba i że historia Cię wciągnie :)
      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam!

      Usuń
  2. Nowe ff. Cieszę się bardzo że mogę kolejną historię pisaną przez Ciebie przeczytać. Po jednym rozdziale wiem że mi się będzie podobać.
    Pozdrawiam i życzę weny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że ta historia przypadnie Ci do gustu :)
      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam!

      Usuń