czwartek, 16 lutego 2017

#02 Poznam, chociaż twoje imię?

              Wyszedłem z budynku. Przeczesałem dłonią blond włosy, a następnie wsunąłem na głowę czapkę. Jak tylko doszedłem do głównej drogi, zaraz otoczył mnie znajomy szum i rumor ulicy. Kolorowe samochody kłębiły się na pasach, a ich właściciele ze zniecierpliwieniem bębnili w kierownice, stojąc na światłach. Dołączyłem do pozostałych pieszych, czekających na przejściu. Poprawiłem futerał z gitarą, który wisiał mi na ramieniu.
               Zawsze wychodziłem z  noclegowni wcześniej, niż inni. Było to spowodowane tym, że nie byłem pozbawiony dachu nad głową tak długo, jak reszta. Nie umiałem czuć się bezpiecznie, będąc z nimi w jednym olbrzymim pokoju. Nie potrafiłem się zrelaksować na tyle, by normalnie zasnąć i przespać więcej, niż trzy  nieraz cztery godziny. Czasami zdarzały się i takie noce, w których zmrużenie oka było możliwe, tylko na kilkanaście minut. Odrobina krótkich drzemek. Tyle musiało mi wystarczyć. Oddechy innych, chrapanie, poprawianie pościeli czy skrzypienie starych łóżek, kiedy ktoś się na nich przewracał, nie ułatwiało zadania. Nadal nie przywykłem do nowego życia. Nowej rzeczywistości. Wciąż usilnie nie chciałem się wpasować, cicho wierząc w to, że los przestanie kopać mnie w tyłek, a ja znów się podniosę. Tamci być może wciąż mieli w sobie ziarnko tej nadziei, ale była ona już dość mocno przysypana i stłamszona. Wieloletnia bezdomność, być może ćmiła te szanse. A może to ja byłem zbyt naiwny, by dalej w to wierzyć?
                Codziennie noclegownia pękała w szwach. Kandydatów na łóżko było wielu. Nie wszyscy jednak spełniali wymogi, jakie postawili księża. Główną zasadą była trzeźwość. Narkomani i alkoholicy nie mieli wstępu do tego budynku. Mówiono, że dla nich jest inne miejsce, które prowadzi druga parafia. Nie przyjmowali tu trudnych przypadków. Być może dlatego, to jakoś jeszcze funkcjonowało? Nie mnie było oceniać.
                  Nogi same prowadziły mnie w to konkretne miejsce. Wiedziałem, że jak minę kolejne trzy ulice, dotrę w końcu do celu. Cukiernio-piekarnia Betty Cortez była moim codziennym przystankiem. Czymś w rodzaju pracy. Siedząc tam i grając, zawsze mogłem liczyć na to, że zdobędę trochę pieniędzy. Być może dzisiaj uda mi się zjeść ciepły obiad?
                 Ktoś uderzył mnie barkiem. Odruchowo odwróciłem się, spoglądając na eleganckiego mężczyznę w czarnym garniturze. On zupełnie mnie nie widział. Pognał przed siebie, zaciskając mocniej palce na skórzanej aktówce. W Bostonie wszyscy gdzieś się spieszyli. Jakby ludzie w tym mieście żyli pod ciągłą presją. Było tu zupełnie inaczej, niż w Rochester. Tam było spokojniej. A może po prostu się przyzwyczaiłem do tamtych realiów? Może potrzebowałem więcej czasu na to, by znaleźć tutaj swoje miejsce? By odnaleźć siebie na nowo.
                 Po raz kolejny poprawiłem gitarę. Z każdym kolejnym krokiem byłem coraz bliżej żółtego budynku. Zacisnąłem mocniej usta, kiedy znów ktoś na mnie wpadł. Tym razem była to starsza kobieta, ciągnąca za sobą wypchaną torbę na kółkach. Obrzuciła mnie zniesmaczonym wzrokiem, a następnie ruszyła przed siebie mamrocząc pod nosem ciche przekleństwa. Spuściłem wzrok, idąc dalej. Jeszcze trochę, jeszcze klika kroków i będę na miejscu.

~***~
                 Przetarłem palcami kąciki oczu, czując narastającą irytację. Miałem ochotę wydrzeć się porządnie do telefonu. Miałem ochotę rzucić o ścianę kubkiem, który trzymałem w dłoni. Chciałem dać upust złości, jednocześnie licząc na to, że nie powiem o kilka słów za dużo. Te słowa nie były tu potrzebne.
 Nie miałem wolnego od dwóch tygodni  warknąłem, chodząc po niewielkim salonie. Dwa tygodnie, Peter!
 Pracujesz na rano, wolne masz po południa i…
 Ostatnio zrobiłem też dwie nocki, z czego i tak musiałem zostać na rano. Bądź człowiekiem.
 Dostaniesz wolne, jak tylko Max i Steve wrócą do pracy. Wtedy będziemy mieli komplet. Dostaniesz więcej wolnego. Wynagrodzimy to tobie i Ashtonowi.
 Trzymam za słowo – rzuciłem, rozłączając się.  Kurwa!
                  Odstawiłem kubek na stół. Naczynie zbyt mocno uderzyło o gładki blat. Kawa niebezpiecznie zakołysała się, ale na szczęście nic się nie rozbiło i nie rozlało. Warknąłem pod nosem, przecierając dłońmi twarz. Wiedziałem, że nie mogę się złościć na pozostałych prezenterów. Nie ich wina, że się rozchorowali. Całość frustracji i niezadowolenie zrzucałem na górę, która najwidoczniej nie potrafiła zorganizować nam w miarę normalnego czasu pracy.
                 Automatycznie podszedłem do okna. Odsunąłem lekko firankę, spoglądając w stronę cukierni. Nieznajomy blondyn już tam był. Moja cała uwaga skupiła się na nim, jakby mój mózg wyrzucił irytację i złość. Przechyliłem głowę, dokładnie śledząc jego ruchy. Wyciągał właśnie gitarę z czarnego, podniszczonego futerału. Zagryzłem wargę, nie mogąc oderwać od niego wzroku. Naprawdę mnie ciekawił. 
                 W końcu zaczął grać. Nie słyszałem melodii. Okno było zamknięte, a szum ulicy zbyt duży, by móc ją usłyszeć. Niemniej jednak potrafiłem sobie ją wyobrazić. Zawsze miała w sobie coś smutnego. Może melancholijnego. Tylko raz natrafiłem na to, że zagrał coś weselszego. Domyślałem się, że w jego życiu nie jest nazbyt kolorowo. To co czuł, przekazywał za pomocą dźwięków. Nie każdy przechodzień jednak zwracał uwagę na to, co aktualnie słyszał. Nie każdy się na tym skupiał, traktując te przyjemne dla ucha dźwięki, jakby były bez większego znaczenia. Mylili się.
                 Jeszcze przez chwilę stałem przy oknie, wpatrując się w to, jak pochłania go muzyka. Nawet z tej odległości dostrzegałem ruchy jego długich palców, które trącały struny. To czego nie dojrzałem, potrafiłem zastąpić innym obrazem, który znałem. Sam grałem, więc nie było to trudne.
                 W końcu jednak oderwałem się od szyby. Ślamazarnie zacząłem zbierać rzeczy, starając się nie przeginać z ociąganiem się. Nie mogłem przecież się spóźnić, szczególnie, że wczoraj byłem tego bliski. Wpadłem do radia na ostatnią chwilę, zdążając przed samym wejściem na antenę. Dzisiaj wolałem zwolnić. Starczyło mi życia w biegu.

~***~
                 Podziękowałem rudowłosej kobiecie, która chwilę zatrzymała się obok. Wrzuciła mi do futerału dolara, a następnie obdarzyła współczującym uśmiechem. Następnie odwróciła się i odeszła. Nie przestawałem grać, zostając w swoim małym świecie, w którym naprawdę czułem się dobrze.
                Przymknąłem powieki, starając się, by każdy dźwięk brzmiał tak, jak tego chciałem. By był idealny. Po chwili jednak ponownie spojrzałem przed siebie. Mój wzrok skupił się na samochodach, które poruszały się po ulicy. Palce znów trąciły struny, zmieniając odrobinę wygrywaną melodię.
                Moje myśli popłynęły w stronę Rochester i rodziny. Nie było tak, że o nich nie myślałem. Nawet przez to, co się stało, nadal do nich wracałem, zastanawiając się, co by było gdyby los zmienił, choć trochę bieg wydarzeń. Teraz pewnie zamiast na ulicy, siedziałbym na wykładzie, notując kolejne definicje lub ślęczał nad książkami, pisząc następny esej. Po południu zapewne matka przygotowałaby obiad, a ojciec znów wróciłby z pracy, będąc przesadnie zmęczonym. Zawsze był zmęczony. Jakby on pracował, a reszta świata stała w miejscu, nie robiąc nic. Byłem do tego przyzwyczajony. Do tego, że ojciec zbyt mocno wszystko wyolbrzymia. To on zawsze wszystko naprawiał, to on wszystko scalał, to on prowadził firmę, kierował ludźmi i to dzięki niemu biznes działał tak sprawnie. Zapominał o innych, którzy przyczynili się do tego sukcesu. O tych, którzy podsuwali mu rozwiązania i dawali ciekawe pomysły, które wykorzystywał. Był zbyt zapatrzony w siebie. Pamiętam, że dziadek był pod tym względem taki sam.
                Czasami zastanawiałem się, co by powiedzieli lub zrobili rodzice, gdyby dowiedzieli się, gdzie wylądowałem. Nie było tak, że się z nimi nie skontaktowałem. Raz rozmawiałem z matką, ale i tak ten kontakt był informacyjnie ograniczony. Nie przyznałem się do porażki. Nie przyznałem się do tego, co się stało. Nie wiedzieli nic. Zresztą, nie jestem pewien, czy w ogóle potrafiłbym im to powiedzieć. Czy przeszłoby mi to przez gardło. Gdyby prawda wyszła na jaw, dopiero wzięliby mnie za kompletnego przegranego, którym chyba byłem.
                  Zauważyłem też, że wszyscy bezdomni byli tak postrzegani. Może dlatego tak ciężko było się z tego wyrwać i polepszyć swoje życie. Byliśmy skreślani już na wstępie. Od razu przyklejali nam łatki nieudaczników i niepewnych pracowników. Nie masz domu? To nie masz też pracy. Chcąc coś znaleźć nie wybierałem nie wiadomo, jak wygórowanych stanowisk. Próbowałem złapać się na zmywak, do sprzątania, gdziekolwiek. Wszystko szło świetnie, dopóki nie padało pytanie o miejsce zamieszkania. Próbowałem to zatajać, ale i tak nic z tego nie wychodziło. Byłem na marginesie, byłem skreślony. Najlepsze w tym wszystkim było to, że większość osób, jakie spotkałem w noclegowni miała, jakiś fach w rękach  wyuczony, wypraktykowany. Mogli się sprawdzić w wielu rzeczach. Nic z tego. Pracodawców nie interesowała twoja historia czy przyczyna klęski. Nie wnikali, co takiego się stało, że wylądowało się na ulicy. Ważne było tylko to, że nie masz gdzie mieszkać. Jakby ta informacja była najważniejszą i najistotniejszą z nich. Zawiodłeś w życiu, zawiedziesz w pracy.
                  Wyprostowałem się, czując, jak odrobinę zdrętwiał mi kręgosłup. Odłożyłem gitarę na bok, robiąc sobie przerwę. Nie miałem zegarka, więc nawet nie wiedziałem, ile dokładnie czasu tu siedzę. Wsunąłem dłoń do kieszeni, wyjmując odtwarzacz. Rozplątałem słuchawki. Włożyłem je do uszu, a potem uruchomiłem urządzenie. Nastawiłem odpowiednią stację i oparłem się o budynek.
 Przypominam, że słuchacie BostonRadioOne, a przed wami wasi ulubieni prowadzący: Calum i Ashton!
 Dodaj, że najlepsi.
 No, no… Calum ma wybujałe ego, ale… Kurcze, aż ciężko się nie zgodzić, prawda? Najlepsi prowadzący i najlepsi słuchacze w mieście! I my to mamy! Mam nadzieję, że humory wam dopisują.
 Uśmiechajcie się ludzie, świat będzie wtedy piękniejszy. I mówię poważnie. Przypomnijcie sobie te zabiegane poranki. Każdy ma w nosie innych. Gna przed siebie, pochłonięty pracą, zakupami, wyprawianiem dzieci do szkoły. Nie zwracamy wtedy uwagi na pozostałych. A kto wie, czy może nasz jeden uśmiech, choć odrobinę nie umili dnia innej osobie? Nieraz do poprawy nastroju wystarczy niewiele.
 Powinniśmy dzisiaj zarządzić Dzień Uśmiechu. I powinniśmy mieć gdzieś to, że ludzie wezmą nas za nienormalnych, kiedy uśmiechniemy się do nich w zatłoczonym autobusie. Chociaż jestem przekonany o tym, że większość by to odwzajemniła.
 Zwolnijmy tempo. Zatrzymajmy się na moment, by zwrócić uwagę na otoczenie. Na inne osoby, które mijamy. Nie tkwijmy tylko we własnym świecie. Uśmiech jest najlepszą drogą do przełamania barier.
 Uśmiechnij się do pani w sklepie.
 Uśmiechnij się do sąsiada, mimo że możesz go nie lubić.
 Wtedy sami poczujemy się lepiej. Z uśmiechem nam do twarzy! A może wy chcecie wysłać do kogoś uśmiech? Co wy na to? Pouśmiechajmy się do siebie na antenie. Calum, do kogo ty się uśmiechniesz?
 Do Bobby’ego, który siedzi za szybą.
 Drodzy słuchacze, nasz mistrz konsoli odpowiedział uśmiechem!  Zaśmiałem się cicho pod nosem, słysząc zadowolony głos prowadzącego.
 A do kogo ty się uśmiechniesz, Ash?
 Do mojej mamy, której nie widziałem od ponad miesiąca. Mamo, mam nadzieję, że mnie słuchasz! Liczę na to, że też się uśmiechasz.
 A wy, drodzy najlepsi słuchacze, do kogo chcecie się uśmiechnąć? O! Mamy telefon! Witaj Kat, do kogo ty chcesz się uśmiechnąć?
 Do mojego wykładowcy od Statystyki. Dzisiaj profesor Fitz zapowiedział nam wejściówkę, może dzięki temu da nam łagodniejsze pytania?
 Zawsze warto spróbować. Pozdrawiamy profesora Fitza! Powodzenia na wejściówce! Trzymamy kciuki i też prosimy o łatwiejsze pytania, profesorze!
 Mamy kolejny telefon. Greg, do kogo chcesz się uśmiechnąć?
 Do mojej żony, która teraz jest w salonie, składa pranie i was słucha.
 Jak ma na imię żona?
 Diana.
 Diana, serdecznie pozdrawiamy! My też przyłączamy się do wspólnego uśmiechu.
 Bobby właśnie macha nam przez szybę. Chyba odrobinę się zagadaliśmy. Czas na kolejną piosenkę, a zaraz po tym blok informacyjny. Bądźcie z nami. Nigdzie nie odchodźcie i nie zmieniajcie stacji!
 Przed wami kawałek, oczywiście o uśmiechu. Sia i You’re never fully dressed without a smile!

~***~
                 Wyszedłem ze sklepu, trzymając w dłoni siatkę z zakupami. Poczułem znajomą wibrację na udzie. Wyciągnąłem z kieszeni telefon, od razu wchodząc w wiadomości. Mama wysłała mi kolejnego sms-a. Nie mogłem go zignorować. Wiedziała, że już skończyłem pracę. Gdybym nie odpisał zaraz zbombardowałaby mnie telefonami, będąc święcie przekonaną, że coś poważnego się stało. Joy czasami naprawdę przesadzała z tą swoją nadopiekuńczością. Miałem dwadzieścia pięć lat, jednak ona nadal traktowała mnie, jak dziecko.
                 Mój palec zaczął szybko poruszać się po ekranie. Formułowałem już pierwsze zdanie odpowiedzi. Byłem tym tak pochłonięty, że nie zauważyłem, że z cukierni Betty ktoś wychodzi. Wleciałem mu na plecy, popychając go do przodu. Zacisnąłem mocniej rękę wokół komórki, bojąc się tego, że urządzenie spadnie na chodnik. Na szczęście tak się nie stało. Niestety, tego samego nie mogę powiedzieć o jego kubku z parującą kawą. Tekturowe naczynie zleciało w dół, a jego zawartość rozlała się pod stopami, ochlapując nam buty.
 Przepraszam.
                Dopiero teraz zauważyłem znajomą czapkę. Chłopak odwrócił się. Był podobnego wzrostu, co ja. W drugiej ręce trzymał futerał z gitarą. Błękitne oczy skupiły się na moich ciemnych tęczówkach. Teraz mogłem dokładnie im się przyjrzeć i to z tak bliskiej odległości. Tlił się w nich smutek i poczucie winy, jakby to on wpadł na mnie, a nie odwrotnie. Zagryzł lekko wargę, w miejscu w którym znajdował się kolczyk.
 Nic się nie stało  odpowiedział cicho, schylając się.
                Podniósł kubek, a następnie wyrzucił go do pobliskiego kosza. Przez chwilę stałem w miejscu i tylko go obserwowałem. Chłopak podszedł do murku. Usiadł, opierając o swoje nogi futerał. Skupił wzrok na materiale, przejeżdżając po nim palcami. Dopiero wtedy zrobiło mi się głupio, tym bardziej że stałem, jak kompletny osioł na środku chodnika. Podszedłem do niego.
 Zapłacę za kawę.  Nieznajomy muzyk podniósł głowę, by znów na mnie spojrzeć.  Szczególnie, że wylałem ci ją całą.
 Nie trzeba, dziękuję.
 Trzeba.  Wsunąłem dłoń do kieszeni. Wyciągnąłem z niej dziesięć dolarów.  Jeszcze raz przepraszam.
 Ale naprawdę nic się…
 Zdania nie zmienię  dodałem z uśmiechem. Chłopak spojrzał na banknot.
 To za dużo, jak za kawę.
– Rekompensata za poniesione straty.  Uniosłem jedną brew, patrząc na niego oczekująco. Blondyn kiwnął głową, powoli przejmując ode mnie pieniądze.
 Dziękuję  wydusił, chowając je. Już chciałem się odwrócić, ale nieznajomy odezwał się po raz kolejny.  Dzisiejsza audycja naprawdę mi się podobała. – Spojrzałem na niego z zaskoczeniem.  Rozpoznałem twój głos. Jest… Bardzo charakterystyczny.
 Cieszę się i dzięki. Poznam, chociaż twoje imię?
 Luke.
 Miło mi cię poznać, Luke. Jestem Calum.
                  Wyciągnąłem w jego stronę dłoń. Zawahał się, ale zaraz podał mi swoją. Jego uścisk był lekki, jakby nie był do końca pewny, czy powinien nawiązywać ze mną tak bliski kontakt. Kiedy puściłem jego rękę, telefon, który nadal trzymałem, rozdzwonił się. Spojrzałem na wyświetlacz. Joy miała kiepskie wyczucie czasu.
 Muszę...  Przerwałem, kiedy ponownie kiwnął głową.
 Miłego dnia  rzucił i uśmiechnął się lekko. Zapatrzyłem się dłużej na jego odmienioną twarz. Wystarczyła tylko ta mała zmiana, by wizerunek złamanego chłopaka odrobinę zelżał.
 Wzajemnie  odpowiedziałem, odwracając się od niego. Przesunąłem palcem po ekranie, odbierając połączenie od zniecierpliwionej matki.


***
Nie ma co przedłużać momentu, chłopaki w końcu musieli się poznać. Jak widać, Luke jako dobry słuchacz rozpoznał po głosie naszego radiowca :)
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu.

Standardowo zapraszam na Aska i Twittera - @RoxyDonau
Tam informacje o tym, co i kiedy się pojawia.

Na dniach - być może jutro - pojawi się kolejne nowe ff (niestety, znowu Hemmings). Zwiastun do niego możecie zobaczyć poniżej. Mam nadzieję, że się Wam spodoba.


Pozdrawiam i do następnego!

#SaveMeFF

1 komentarz: