wtorek, 28 lutego 2017

#03 Wtedy życie mi się pokomplikowało

              Nachyliłem się, opierając łokcie o kolana. Właśnie nastąpiła przerwa w audycji. Stacja puściła najnowszy kawałek Eda Sheerana. Przymknąłem powieki, przypominając sobie słowa Caluma. Dzisiaj opowiadał śmieszną historyjkę na temat biegania i tego, jak sam nadepnął sobie na sznurówkę, dzięki czemu zaliczył spektakularny upadek na środku boiska. Wtedy na szczęście nikt go nie widział, ale zdarte kolano przez jakiś czas przypominało mu o tej małej porażce. Drugi prowadzący  Ashton  dorzucił do tego swoje trzy grosze, wspominając, jak kiedyś dla zabawy zawiązał w szkole Hoodowi właśnie sznurówki i biedny chłopak również runął na ziemię. Tym razem ten upadek widziała reszta klasy. Zaśmiałem się pod nosem, próbując wizualizować to sobie oczyma wyobraźni.
               Wtedy też przypomniało mi się, że kilka razy widziałem biegającego Caluma. Może nie tyle biegającego, ile wychodzącego i wracającego do domu po tym wysiłku fizycznym. Za każdym razem znikał na półtorej do dwóch godzin, a gdy pojawiał się ponownie jego ciało pokrywało się cienką warstwą święcącego potu. Tak samo, jak koszulki, w których biegał. Ciemne kosmyki włosów przyklejały mu się do czoła, a na twarzy znajdowały się duże wypieki. Mimo tego i tak prezentował się dobrze. Zawsze wyglądał dobrze, a nawet za dobrze.
               Nigdy nie chciałem wyjść na dziwaka, który natarczywie przypatruje się ludziom. Ukradkiem zerkałem na niego, kiedy pojawiał się na horyzoncie. Zawsze jednak spuszczałem wzrok, by nie widział tego, że go obserwuję. Tylko raz nie zdążyłem tego zrobić. Do tej pory pamiętam jego uśmiech i machnięcie ręką. Przez chwilę nie byłem pewny, czy ten gest skierowany był do mnie. Nieśmiało podniosłem dłoń, odpowiadając mu, a on skinął głową i wszedł do budynku, w którym mieszkał.
              Od czasu naszej krótkiej rozmowy, zaczął mnie w jakiś sposób interesować. W swoich audycjach uchodził za dowcipnisia i pewnego siebie człowieka. Uwielbiał też o muzyce i filmach. Miałem wrażenie, że nie boi się poruszyć żadnego tematu  jakby znał się na wszystkim. Ale zapewne na tym właśnie polegała jego praca. By uchodzić za osobę, która wie o czym mówi, nawet jeśli było odwrotnie. Kiedy miałem okazję poznać go osobiście, szybko uznałem, że jest dodatkowo po prostu miłym chłopakiem. Był taki w stosunku do mnie. Do osoby, która była zdecydowanie niżej w hierarchii, niż on.

~***~
                Spojrzałem na Ashtona. Jego jasno brązowe tęczówki skupiły się na mnie. Uniósł jedną brew. Wiedziałem, że nienawidzi tego, jak zaczynam bujać się na krześle. Ten ruch doprowadzał go do szału. Zrobiłem niewinną minę, siadając prosto. Oparłem łokcie o biurko, łapiąc za kubek z kawą.
 Czołem, drodzy bracia radiowcy!
 Spadaj, Michael, zaraz wracamy na antenę  rzucił Irwin, przeczesując dłonią włosy, które zawsze były albo skręcone, albo lekko pofalowane. Nigdy nie były idealnie proste.
 Ja wiem  odparł Clifford, podchodząc bliżej.  Od jutra macie nową playlistę. Zapoznajcie się z nią. Góra znów chciała narzucić wam określone kawałki do ramówki, ale powiedziałem, że mają spadać.
 Wow, nie wkurzyli się?  zapytałem, zaciskając usta, by nie wybuchnąć śmiechem. Michael czasami nie potrafił zamknąć jadaczki, nawet w stosunku do szefostwa.
 Wkurwili się  skwitował, wzruszając ramionami, jakby go to w ogóle nie obchodziło.  Jednak grzecznie poprosiłem, by nie wcinali się do mojej roboty, bo gówno o niej wiedzą.
 Już widzę to twoje grzeczne proszenie  mruknął Ash, poruszając brwiami.  Że oni cię jeszcze nie wywalili za ten cięty jęzor.
 Nie wywalą, bo jestem najlepszy. I wiedzą, że mam rację. Wasze programy dobrze współgrają z muzyką, ponieważ wy możecie wybrać kawałek, jaki ma lecieć. Oczywiście, nie możecie wyjść spoza listę, ale… Zawsze się ona zmienia. Dzięki temu wszystko ma ręce i nogi. Wy macie wybór, słuchacze są zadowoleni, wszystko jest cacy. Oni niech lepiej się przymkną i zajmą się biurokracją.
 Clifford, zabieraj tyłek ze studia!  warknął Bobby, dodatkowo pukając w szybę.
 Cmoknij mnie w niego, dupku!
 Jak ja cię nie cierpię!
 Kochasz mnie  skwitował zadowolony Michael.  Wracam do pracy. Powodzenia na antenie.
 Clifford, za minutę wchodzimy!
 Jezu, już idę.
 Jestem Bobby.
 Jesteś dupkiem  powiedział Michael ze śmiechem, wychodząc ze studia.
                 Nałożyłem z powrotem słuchawki, przyklepując je dłońmi. Przysunąłem pod nos zadrukowane kartki z najnowszymi wiadomościami. Zerknąłem ostatni raz w stronę Bobby’ego. Michael właśnie dla zgrywy rozczochrał jego lekko posiwiałe włosy. Ten rzucił w niego paczką zamkniętych krakersów. Zaśmiałem się cicho. Tu zawsze panowała luźna atmosfera, co mi odpowiadało. O wiele chętniej przychodziło się do pracy, wiedząc, że nie ma się na plecach dyszącego szefa ani sztywnych kumpli po fachu. Nasza część była, jak jedna wielka wkurzająca się rodzina, ale każdy z nas to uwielbiał. Co innego góra. Oni byli odrębnym organizmem radiowej familii.

~***~
                 Przejechałem dłonią po włosach. Teraz były nieco krótsze, niż wcześniej. Poprosiłem Trish, jedną z kobiet z ośrodka, która kiedyś była fryzjerką, by w końcu mi je obcięła. Szybko załatwiła nożyczki, a ja pożegnałem się z przydługimi, kręcącymi się kosmykami, które zaczynały mnie denerwować.
                Poprawiłem paski od futerału, które miałem na ramionach. Dzisiaj szybciej zrobiłem sobie przerwę od siedzenia i grania przy cukierni. Musiałem rozprostować nogi, więc postawiłem na szybki spacer. Dzięki temu mogłem po raz kolejny podziwiać okolicę, w której teraz przyszło mi żyć. Nadal nie poznałem całego Bostonu. Nie znałem miasta tak dobrze, jak rodzinnych stron. Byłem tu za krótko, by odkryć jego wszystkie tajemnice. Miałem jednak nadzieję, że kiedyś się to zmieni.
                 W czasie drogi zahaczyłem o sklep, by kupić butelkę wody. Wziąłem najtańszą z nich, a następnie z powrotem znalazłem się na szarym chodniku. Upiłem łyk, dołączając do pozostałych pieszych, którzy poruszali się, to w jedną, to w drugą stronę. W końcu odbiłem w bok, kierując się dobrze znaną drogą, która prowadziła do cukierni. Miałem nadzieję na to, że po przerwie uda mi się uzbierać jeszcze trochę pieniędzy.
                 Przechodziłem właśnie obok parku, kiedy coś twardego uderzyło mnie w udo. Potem rozległ się dźwięk tłuczonego szkła. Zaskoczony, zatrzymałem się. Spojrzałem na resztki zielonej butelki, która roztrzaskała się pod moimi stopami. Niepewnie podniosłem wzrok, odwracając się w kierunku, z której przyleciała. Niedaleko stała dwójka mężczyzn, ubranych w czarne bluzy z kapturem.
 Co się, kurwa, gapisz, gamoniu?!
                  Przełknąłem ślinę, od razu urywając kontakt wzrokowy. Zacisnąłem mocniej palce na plastikowej butelce z wodą. Już chciałem ruszyć do przodu, kiedy usłyszałem ich kroki. Nie wiedziałem, czym ich sprowokowałem i co takiego sprawiło, że musieli się przyczepić. Jakbym miał nie dość problemów i kłopotów.
 Te! Czekaj!
                Chciałem, jak najszybciej odejść, ale oni byli szybsi. Zdążyłem zrobić kilka kroków do przodu, gdy jeden z nich zatarasował mi drogę. Po raz kolejny spojrzałem w jego ciemne oczy. Patrzył na mnie z kpiną i rozbawieniem. Czułem, jak moje serce przyspiesza. Ze stresu zaschło mi w ustach.
 Co my tu mamy? Co tam masz na plecach, gnojku? – odezwał się zachrypniętym głosem ten, który stał za mną. Poczułem, jak ciągnie mnie za futerał. Zaparłem się nogami.  No, no, no…
– Może poratujesz kumpli kasą? Dużo jej masz?
 Źle trafiliście  odparłem, wyrywając się temu większemu, który zacisnął palce na moim ramieniu.  Nie mam pieniędzy.
– A telefon?
 Też nie.
 Ktoś tu, kurwa, kłamie  rzucił niższy, który nadal stał przede mną. Uśmiechnął się sztucznie, a ja zauważyłem, że brakuje mu dwóch zębów.
 Ja nie…
 Odwalcie się od niego.
                Spiąłem mięśnie na dźwięk znajomego głosu. Cała nasza trójka spojrzała w bok. Calum stał kawałek dalej ze skrzyżowanymi na piersiach rękami. Nie patrzył jednak na mnie, tylko na nich. Napiął mocniej mięśnie, jakby był gotowy, by się na nich rzucić. Gdyby tamci chcieli zaatakować, było by teraz dwóch na dwóch. I to chyba ich spłoszyło. Nie mieliby już przewagi. Puścili mnie, odsuwając się.
 To twój chłopak? Gamoń ma chłopaka.
 Wyluzuj, stary, tylko się wydurnialiśmy. A na niego  wskazał na swojego kumpla  nie zwracajcie uwagi. Już nas nie ma.
 Więc co tu jeszcze robicie?
 Wyluzuj.
 Zaraz wyluzuję, ale wtedy nie będzie już tak milutko  mruknął Hood, podchodząc bliżej.
 Banda pedałów  skwitował cicho jeden z nich, a następnie odwrócił się. Puknął w kark swojego mniejszego kumpla, a potem obaj ruszyli na drugą stronę ulicy, ignorując trąbiący na nich samochód.
 W porządku?  zapytał Calum, podchodząc do mnie.
 Tak, dziękuję.
 Uderzyli cię tym?  Pociągnął, wskazując na leżące na chodniku szkło.
 Dostałem tylko w nogi  odpowiedziałem, czując, jak zdenerwowanie powoli ze mnie schodzi. Chociaż dłonie nadal niebezpiecznie mi się trzęsły.
 Nic ci nie jest?
 Nie, jest w porządku. Jeszcze raz dziękuję. Miałem szczęście, że…  Nie dokończyłem, tylko niepewnie wskazałem na niego palcem.
 Że przechodziłem? – dodał z uśmiechem, a ja kiwnąłem głową. – Wybrałem dobry moment, by wyjść od kumpla.  Cicho przytaknąłem.  Jesteś teraz zajęty?
 Słucham?
 Jesteś teraz zajęty? Spieszysz się gdzieś?
 Nie. Chciałem wrócić pod cukiernię i dalej grać.
 Możesz to przełożyć?  Kiedy to powiedział, spojrzałem na niego z zaskoczeniem. Zamrugałem. Calum zaśmiał się cicho, widząc moją reakcję.  Pomyślałem, że może poznamy się lepiej. Zapraszam na obiad.
                  Odruchowo spojrzałem w dół, czując się zawstydzony. Normalnie nie miałbym problemu, by z nim gdziekolwiek wyjść. Nie miałbym nic przeciwko. Do tego naprawdę miałem na to ochotę. Barierą jednak było brak pieniędzy. Miałem ich niewiele i nie mogłem pozwolić sobie na tak nieprzewidziane wydatki. Szczególnie, że Calum pewnie nie zaprowadzi mnie, do jakiegoś taniego baru. Nie wyglądał na kogoś, kto jada w takich miejscach. Poczułem, jak moje policzki robią się czerwone. Poruszyłem ustami, ale nie padło z nich ani jedno słowo.
 Luke?  Zerknąłem na niego, mając nadzieję, że dobrze ukryję moje zażenowanie samym sobą.  Ja stawiam.
 Teraz tym bardziej nie mogę się zgodzić.
– Daj spokój  powiedział, nadal mając na twarzy ten dobroduszny uśmiech.  Wiem, że zarabiasz na życie grą na ulicy i domyślam się, że nie masz z tego kokosów. Jednak ja chętnie cię poznam, a skoro to mój pomysł, to ja płacę. Oczywiście, zrozumiem, jeśli problem leży w mojej osobie i po prostu nie chcesz zbyt długo przebywać w moim towarzystwie i…
 Nie, tu nie chodzi o ciebie.
 To załatwione.   Zacisnąłem usta, wpatrując się na niego z niepewnością. Bałem się, że jeśli dowie się, jak naprawdę wygląda moje życie, to odechce mu się zabierania mnie gdziekolwiek.
 Ja… Ja nawet… Jak mogę się odwdzięczyć?
 Odwdzięczyć? Za co?
 Za obiad i…
 Luke  rzucił ze śmiechem.  Nic nie musisz robić. Po prostu pogadaj ze mną i tyle. Tylko tyle.  Zagryzłem wargę. – Wyduś to z siebie. Widzę, że chcesz coś powiedzieć.
 Ja nie tylko zarabiam graniem na ulicy  zacząłem, przystępując ze zdenerwowaniem z nogi na nogę. Calum nie odrywał ode mnie ciemnych oczu.  Ja praktycznie na niej mieszkam.
 Jesteś bezdomny?  Ponownie skupiłem wzrok na swoich lekko ubrudzonych butach. Kiwnąłem głową.  Gdzie nocujesz?
 Udało mi się dostać do Ośrodka św. Józefa. Jest tam noclegownia i…
 Nie miałem pojęcia, że…
 Jestem, aż tak przegranym i nieudanym egzemplarzem?  zapytałem, w końcu na nowo odzyskując odwagę, by móc na niego spojrzeć.
 Nie uważam, że jesteś przegrany. Po prostu na pewnym etapie ci nie wyszło. Ale wszystko jeszcze przed tobą. Jesteś młody. A teraz wróćmy do obiadu.
 Nadal chcesz ze mną iść?
 Jasne, że tak. Co powiesz na pizzę?
 Mam wrażenie, że nie jadłem pizzy od wieków.
 Super, to musimy to zmienić. Dwie ulice dalej jest pizzeria. Mają tam naprawdę dobre żarcie.

~***~
                 Co jakiś czas zerkałem na chłopaka idącego obok. Przez całą drogę do pizzerii milczał. Na początku był lekko przygarbiony, spłoszony i odrobinę zdenerwowany. Jego błękitne oczy nie odrywały się od chodnika pod naszymi stopami. Byłem pewny, że dalej w jakiś sposób analizuje to, co stało się przy parku. Nie przerywałem jego myśli, pozwalając mu się jeszcze bardziej uspokoić. Dopiero kiedy byliśmy niedaleko lokalu, jego postawa się zmieniła. Wyprostował się, podniósł wzrok, a nawet obdarzył mnie szybkim spojrzeniem. Zauważyłem, że pod jego lekko zadartym nosem wymalował się delikatny uśmiech.
                To, do czego się przyznał, wzbudziło we mnie jeszcze większą ciekawość. Chciałem wiedzieć więcej. Chciałem poznać go bardziej. Z drugiej strony nie miałem zamiaru go tak szybko spłoszyć. Musiałem więc powstrzymać liczne pytania, które cisnęły mi się na usta. Muszę je odpowiednio dozować, by całkowicie go nie odstraszyć.
                 Otworzyłem drzwi od lokalu, przepuszczając go pierwszego. Luke zagryzł lekko dolną wargę, wchodząc do środka. Nie chciałem go w żaden sposób krępować ani sprawiać, by czuł się przy mnie źle. Być może, gdy się bardziej otworzy, nabierze też pewności siebie, której – jak dla mnie  na razie mu brakowało. Wnioskowałem, że jego sytuacja życiowa też w dużym stopniu oddziałuje na to, jaki jest.
 Usiądźmy tam w rogu  powiedziałem, a chłopak tylko skinął mi głową. Ruszyliśmy w kierunku wybranego stolika.
                Ściągnąłem cienką kurtkę, wieszając ją na oparciu krzesła. Luke powoli rozejrzał się po niebiesko-czerwonym, niewielkim pomieszczeniu. Na ścianach wysiały stare plakaty oprawione w antyramę. Podłoga została wyłożona białymi, kwadratowymi kafelkami. W powietrzu unosił się zapach przypraw i sosu pomidorowego.
               Usiadłem, przysuwając się bliżej stolika. Spojrzałem na niego. Zdjął z pleców futerał z gitarą, opierając go ostrożnie o ścianę. Postawił przy niej butelkę z wodą. Następnie pozbył się kurtki. Pod spodem miał zwykłą, czarną, lekko rozciągniętą koszulkę. Po chwili zajął miejsce naprzeciwko mnie.
– Dzień dobry.  Obaj podnieśliśmy głowy, by spojrzeć na młodą, uśmiechniętą kobietę, która znalazła się przy stoliku.  Karty dla panów. Proszę mnie zawołać, jak będą chcieli panowie złożyć zamówienie.
 Dziękuję  odpowiedziałem, biorąc od niej sztywne, rozkładane menu. Jedno z nich podałem blondynowi, który niepewnie przejął je. Dziewczyna kiwnęła głową, wracając za ladę.  Mam wrażenie, że urządzam ci torturę.
 Słucham? – zapytał, a błękitne tęczówki od razu skupiły się na mnie.
 Ty nie chcesz tu być, prawda?
 Nie, to nie tak  powiedział szybko, kręcąc głową.  Ja… To naprawdę miłe z twojej strony, że mnie zaprosiłeś, ale ja nie wiem, jak będę…
 Jeśli znowu zaczniesz mówić o odwdzięczeniu się, to chyba walnę głową w ten stolik. Dodatkowo narobię ci obciachu.  Luke uniósł brwi, a potem cicho zaśmiał się.
– Zdecydowanie nie chcę byś zrobił sobie krzywdę.
 Krzywdę?
 Jakbyś przywali się w ten stolik, mógłbyś nabić sobie guza  skwitował, a potem zabawnie zacisnął usta, wydymając lekko policzki.
 Więc bardziej przejąłbyś się tym, że mógłbym się uszkodzić, niż tym, że zrobiłbym ci obciach?  Luke pokiwał głową, nadal odrywając ode mnie wzroku. Zaśmiałem się.  Zaskakujesz mnie. Oczywiście, w pozytywnym sensie.  Jego policzki poróżowiały.  Co wybierasz?
 Ja… W sumie… Lubię pizzę pepperoni  odpowiedział, spoglądając w kartę.
 Więc dla ciebie pepperoni, a ja wezmę hawajską. Co do picia?
 Może być woda.
 Woda?  Zerknął na mnie, ponownie przygryzając dolną wargę. Musiałem przyznać, że gdy to robił, wyglądał naprawdę uroczo.  Może skusisz się na piwo?
 Nie mogę. I to nie tak, że mam problem z alkoholem, ja… Nie możemy korzystać z noclegowni, jeśli wyczują od nas alkohol.
 Okej, w porządku. To może coś gazowanego?
 Poproszę.
 To ustalone.

~***~
               Poprawiłem pozycję, w jakiej siedziałem, nachylając się bardziej w stronę stołu. Do mojego nosa doszedł intensywny i przyjemny zapach gorącej pizzy. Niemalże od razu poczułem, jak żołądek skręca mi się z głodu. Miałem tylko nadzieję, że nie zacznie mi w nim burczeć. Nie chciałem, by Calum to usłyszał. Upiłem łyk słodkiego napoju, a potem złapałem za nóż i miseczkę z sosem. Nasmarowałem nim pierwszy kawałek.
 Czyli przyjechałeś z Rochester?  dopytał Hood, a ja pokiwałem głową. Nie sądziłem, że rozmowa z Calumem będzie naprawdę tak spokojna i miła. A ja rozluźniałem się coraz bardziej, nabierając pewności siebie.  I wtedy…
 Wtedy życie mi się pokomplikowało  dokończyłem za niego, biorąc pierwszy kęs pizzy. Uśmiechnąłem się. Od dawna nie miałem, czegoś tak pysznego w ustach. Chłopak przekrzywił głowę, przyglądając mi się z ciekawością.  Próbowałem znaleźć pracę, ale… Moja sytuacja działa na moją niekorzyść. Na szczęście mam gitarę i dzięki niej mogę zdobyć trochę pieniędzy.
 Twoja rodzina nie zamierza ci pomóc?  Zamieszałem się, skupiając wzrok na pizzy, którą miałem na talerzu.  Przepraszam, nie chciałem być, aż tak wścibski.
 Nie jesteś  odpowiedziałem, siląc się na uśmiech. Za wszelką cenę chciałem uniknąć tematu ojca i matki, a także tego, co spowodowało, że praktycznie uciekłem z domu.  To… To trochę…
 Nie musisz nic mówić, jeśli nie chcesz. Uznajmy, że ten temat jest trochę skomplikowany, może być?
 Pasuje.
 Co studiowałeś?
 Zarządzanie i administrację. Mam zaliczone dwa lata. Przed wyjazdem wziąłem urlop dziekański. Liczę na to, że sytuacja w końcu się odmieni, a ja będę mógł, jakimś cudem to kontynuować.
 Uda się.  Zerknąłem na niego, biorąc kolejny kęs pizzy.  Nie możesz przestać wierzyć w siebie. Moja mama uważa, że negatywne myślenie przyciąga do nas pecha. Zawsze mi powtarza, że trzeba myśleć, jak najbardziej pozytywnie. Wtedy więcej rzeczy się udaje.
 Staram się myśleć pozytywnie, mimo tego wszystkiego, co się działo  odparłem powoli, nie odrywając wzroku od jego ciemnych tęczówek, które naprawdę mi się podobały. Miały w sobie coś ciepłego. Coś, co przyciągało i sprawiało, że człowiek miał ważenie, że cała uwaga poświęcona jest, tylko jemu.
 I tego się trzymaj.
 A co z tobą?
 Ze mną?
 Starasz się myśleć pozytywnie?
 Staram się to robić, jak najczęściej  powiedział, posyłając mi następny uśmiech, który był w jakiś sposób zaraźliwy. Nic dziwnego, że szybko go odwzajemniłem.

                Wyszliśmy z pizzerii. Odwróciłem się. Calum właśnie narzucał na siebie kurtkę. Przeczesał palcami ciemne włosy, a następnie znów spojrzał na mnie. Poprawiłem futerał z gitarą, który znów znalazł się na moich plecach.
               Musiałem przyznać, że było to najlepsze popołudnie, jakie spędziłem w Bostonie. Reszta się do tego nie umywała. W końcu miałem z kim porozmawiać. Z kimś, kto poświęcił mi dużą część swojego czasu. Nie było tak, że w ośrodku ludzie ze sobą nie rozmawiali. Jednak był to całkiem inny kontakt. W noclegowni byłem najmłodszy. Większość stanowiły osoby znacznie starsze ode mnie. Różnica wieku między mną a Calumem wyniosła tylko pięć lat, więc mogłem go określić mianem rówieśnika.
               Podobało mi się też to, że nie traktuje mnie z góry. Ani razu nie spojrzał na mnie z wyższością. Ani razu nie wyśmiał i nie sprawił, że poczułem się gorszy. Rozmawiał ze mną, jakbyśmy byli na równi. Jakby nie istniały między nami żadne granice  w tym społeczne. Oprócz tego odczuwałem od niego pewną troskę, czego nie doświadczyłem od bardzo dawna, a było to naprawdę miłym odczuciem. To, gdy ktoś od ciebie dba. Zastanawiałem się, czy Calum tak już ma czy jest taki tylko w stosunku do mnie. Ale to podejście w żaden sposób mi nie przeszkadzało.
 Jeśli chcesz mogę cię podrzucić do noclegowni?
 Nie trzeba.
 Chyba, że masz zamiar jeszcze dzisiaj grać.
 Nie  powiedziałem z uśmiechem.  Na dzisiaj mi wystarczy. Która godzina?
 Trochę się zasiedzieliśmy. Niedługo ósma.
 Tym bardziej nie będę grać. Drzwi zamykają równo o dziewiątej.
 A potem?
 Potem?
 Co jak nie zdążysz?
 To już wtedy mój problem, gdzie się podzieję.  Calum przyjrzał mi się uważniej.  Ani razu mi się nie zdarzyło, by nie dotrzeć tam na czas.
 To dobrze. Nie chcę byś nocował, gdzieś na dworze.  Uśmiechnąłem się po raz kolejny.  To głupie?
 To miłe.  Zaśmiał się, a był to naprawdę przyjemny dla ucha dźwięk.  Idę. Chcę jeszcze złapać Franka.
 Franka?
 Pracuje w noclegowni i trzyma mi rzeczy, bym nie musiał z nimi chodzić.  Calum uniósł jedną brew.  No, wiesz… Na przykład grzebień czy szczoteczkę do zębów. I tak, myję zęby dwa razy dziennie i biorę też prysznic każdego wieczora.
 Nic nie mówiłem  odpowiedział, kręcąc głową.
 Ale byłeś ciekaw, co?
 Może odrobinę. Ale nie wyglądasz mi na kogoś, kto…
 Nie dba o higienę? Dzięki.
 Ja nie…
 Wiem.
 Teraz to ty mi przerywasz?
 Role się odwróciły.  Zaśmiał się ponownie.  Ale starczy o myciu. Muszę iść. Jeszcze raz dziękuję za pizzę.
 Cała przyjemność po mojej stronie. Na pewno cię nie odwieźć?
 Nie, poradzę sobie. I tak już dużo dla mnie zrobiłeś.
 Nie zaczynaj znowu. – Wzruszyłem ramionami, co znów go rozbawiło.  Do zobaczenia?
 Do zobaczenia, Calum.
 To może cię odprowadzę?
 Naprawę nie musisz. Trzymaj się.
 Ty również.
                Odwróciłem się na pięcie, ruszając w przeciwną stronę. Wiedziałem, gdzie mieszka Calum, więc nie po drodze mu było odprowadzanie mnie, choć ja nie miałbym nic przeciwko temu, by pobyć jeszcze trochę w jego towarzystwie. Z drugiej jednak strony bałem się, że się zagadam i nie zdążę dotrzeć do noclegowni na czas. Nie uśmiechało mi się spędzenie chłodnej nocy, na jakieś ławce w parku czy dworcu kolejowym. 
               Zerknąłem jeszcze przez ramię, ale chłopak zdążył zniknąć w jednej z bocznych uliczek. Wziąłem głęboki wdech, przyspieszając kroku. Mimo wszystko na mojej twarzy nadal malował się uśmiech. A wywoływał go obraz tego sympatycznego radiowca, który wprowadził do mojego życia odrobinę kolorów. 


***
Chłopaki wybrali się na pizzę i poznali się jeszcze bardziej. Oprócz tego Cal wystąpił w roli bohatera biednego Hemmo i uratował go z opresji :D
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu :)

Standardowo zapraszam Was na Aska i Twittera - @RoxyDonau
Tam informacje o tym, co i kiedy się pojawia.

Nie przedłużam
Pozdrawiam i do następnego!

#SaveMeFF


1 komentarz: