piątek, 24 marca 2017

#05 Może chodzi o niego

              Leżałem na kanapie. Mój wzrok utkwiony był w telewizorze. Śledziłem akcję filmu, choć nie mogłem w stu procentach się na nim skupić. Moje myśli uciekały w stronę blondyna z gitarą. Zastanawiałem się, co teraz robi i czy udało mu się uciec przed tym, co działo się na zewnątrz. A od godziny Boston okryty był ciężkimi, szarymi chmurami. Dodatkowo wiało i było zimno. Domyślałem się, że kwestią czasu jest to, jak lunie. Nie zdziwiłbym się, gdyby pojawiła się burza.
            Przekręciłem się na bok, kiedy w pokoju rozbrzmiał dźwięk znanego mi dzwonka. Wychyliłem się w stronę stołu. Zaasekurowałem się drugą ręką, by nie spaść z sofy. Chwyciłem wibrujące urządzenie, które jeszcze chwilę temu lekko podskakiwało na gładkim blacie. Zerknąłem kontrolnie na ekran. Dzwonił Ashton.
 Mam nadzieję, że to coś ważnego, Irwin  rzuciłem dla zgrywy poważnym głosem.
 Przerwałem ci ważną czynność, jaką jest opierdalanie się z butelką piwa?  Znał mnie za dobrze, choć dziś było bez trunku, jaki wymienił. Zaśmiałem się cicho, a on po chwili zrobił to samo.  Co jest?
 Pamiętasz kuzynkę Becky, Allyson?
– Tą co była ostatnio z nami na imprezie?  dopytałem, by mieć pewność, że mówimy o tej samej osobie.
 Dokładnie.
 Pamiętam  rzuciłem, marszcząc nos.  Co z nią?
 Becky właśnie mi się wygadała, że Allyson na ciebie leci. Wiesz… Uznałem, że powinieneś wiedzieć i… Może się zakręcisz obok niej? Wydawało mi się, że złapaliście wspólny język i…
 Ash, z całym szacunkiem, drogi kumplu, ale czy tobie, kurwa, padło na łeb.  Chłopak prychnął pod nosem, a ja oczyma wyobraźni widziałem jego niezadowoloną minę.  Bawisz się w moją matkę? Naprawdę nie musicie mnie na wszystkie strony swatać.
 Ale… Ale… To cholera nie o to chodzi!
 Nie? To olśnij mnie.
 Ja… Ten…
 No właśnie  powiedziałem, przekręcając się z powrotem na plecy.
             Westchnąłem ciężko. Naprawdę nie chciałem, by ktoś co chwilę wchodził mi z buciorami w moje życie uczuciowe. Mimo że czułem się samotny, to nie chciałem, by ktokolwiek wciskał mnie na siłę w randki w ciemno, licząc na to, że spontanicznie się zakocham. Nie tak to działało. Wiedziałem, że matka, jak i kumple chcą dobrze, ale było to dość frustrujące.
 Nie przemyślisz tego?
 Mam już kogoś innego na oku  rzuciłem, aby się odczepił.
 Och, kogo? Kogo, Cal? Najlepszemu przyjacielowi nie powiesz?!  No i się zaczęło. Chyba powinienem jednak trzymać jadaczkę zamkniętą na kłódkę, bo wcale nie polepszyłem sytuacji. Cieszyłem się jednak,  że to nie Michael wisi ze mną na telefonie. Wtedy nie miałbym życia, dopóki nie powiedziałbym mu wszystkiego, co chce wiedzieć.
 Kogoś. To… Na razie nie jest ważne.
 Bez jaj! Chodzi o Luke'a!
               Gdy to powiedział, moje oczy zrobiły się wielkości spodków. Czy podświadomie mówiąc to myślałem właśnie o nim? Blondyn nadal mocno mnie ciekawił i intrygował. Będąc w jego towarzystwie czułem się naprawdę dobrze. Lubiłem z nim rozmawiać, słuchać jego muzyki i głosu. Podobał mi się też sposób, w jaki się uśmiechał, choć jego oczy przeważnie zawsze pozostawały smutne. Liczyłem na to, że w końcu i to się zmieni.
              Po audycji, w której wygadałem się na antenie, że poznałem kogoś, chłopaki zasypali mnie gradem pytań. Oczywiście najbardziej przyciskał mnie Michael. W końcu postanowiłem odpuścić i opowiedziałem im trochę o blondynie, pomijając niektóre bardziej osobiste fakty. Nie chciałem paplać wszystkiego. Wiedzieli, skąd przyjechał, czym się interesuje i jak wygląda. Tylko tyle. Nic więcej. Nakreśliłem im tylko ogólnie, że ma dość ciężką sytuację, ale nie podawałem szczegółów. I nie było tak, że wstydziłem się tego, że mam kontakt z bezdomną osobą. Chodziło bardziej o jego prywatność. Z pewnością nie chciałby, bym rozprawiał o tym, co się z nim dzieje na prawo i lewo. Szczególnie, że sam nie był chętny, by o tym mówić. Udało mi się pozyskać po części jego zaufanie  a przynajmniej tak wnioskowałem po tym, jak coraz bardziej zaczął się przede mną otwierać. Nie chciałem tego zniszczyć, wychodząc jednocześnie na plotkarza.
 Calum?
 Może chodzi o niego  wydusiłem cicho, próbując sam siebie zrozumieć.  Nie wiem, to… Skomplikowane.
– Jak pierdolony status na Facebooku  rzucił ze śmiechem Ash.  Zapomnij o Allyson.
 Zmieniłeś zdanie?
– Wiesz, trójka osób to już tłum. Skoro ciągnie cię do Luke'a, to nie ma po co robić dziewczynie dodatkowych nadziei.
 Jestem pod wrażeniem.
 Zamknij dziób, Hood, po prostu chcę twojego szczęścia i mam gdzieś to, czy da ci to kobieta czy mężczyzna!
 To urocze.
 Bo się zrzygam  skwitował, a następnie zaśmiał się cicho.  Będę kończył, Becky mnie woła.
 Jasne. Pozdrów ją i do jutra.
 Do jutra  rzucił i rozłączył się.

~***~
             Moje serce waliło, jak szalone, kiedy raz za razem zerkałem na zegarek. Nie mogłem uwierzyć w to, że nie dopilnowałem czasu. Muzyka wciągnęła mnie na tyle, że zupełnie odpłynąłem. Skupiłem się na tworzeniu własnej melodii, dodając do tego słowa, które formowały się w głowie. Zaszyłem się w parku na wiele godzin, odrywając się od rzeczywistości. Choć było chłodno, to jednak mi to nie przeszkadzało. Jakby dźwięki potrafiły mnie odpowiednio rozgrzać. To wszystko sprawiło, że zapomniałem o ograniczeniu czasowym, jaki miałem. Spóźniłem się.
             Warknąłem cicho pod nosem, a potem wypuściłem z ust wiązankę przekleństw. Byłem blisko noclegowni, kiedy doszło do mnie to, że jest za późno, by wejść do środka. Brama była zamknięta. Stałem tam od dłuższej chwili, patrząc na nią z niedowierzaniem. Było prawie wpół do dziesiątej, gdy się ocknąłem, że nic z tego nie wyjdzie. Do tej pory nie wiedziałem, po co w ogóle ruszyłem w stronę budynku. Może liczyłem na to, że jakoś się uda nagiąć odrobinę zasady. Może gdzieś w środku miałem tę nadzieję, że tej nocy jednak nie będę musiał tułać się po ulicach Bostonu, w poszukiwaniu innego schronienia.
             Naciągnąłem na głowę kaptur, kiedy zagrzmiało. Jeszcze brakowało mi burzy i deszczu do pełni szczęścia. Ten dzień zapowiadał się całkiem dobrze, a teraz zmieniał się w koszmar. Musiałem szybko coś wymyślić, by uciec przed tym, co w planach miała pogoda. Wepchnąłem skostniałe i drżące ze zdenerwowania ręce do kieszeni, a następnie odwróciłem się. Nie miałem kompletnie pojęcia, dokąd mogę się udać. Może pójdę na dworzec, udając, że czekam na jakiś pociąg, który nigdy miałby nie przyjechać?
             Szedłem przez siebie ze spuszczoną głową. Co jakiś czas zagryzałem wargę lub zaciskałem usta, próbując nie wpaść w panikę. Pierwszy raz znalazłem się w takiej sytuacji. Pierwszy raz miałem spędzić noc poza noclegownią i to wcale mi się nie podobało. Próbowałem wmawiać sobie, że jakoś to będzie. Że nie będzie tak źle. Że jakoś się uda. Mimo tego czułem wewnątrz siebie strach. Ciemne uliczki i zaułki wcale nie pomagały mi się uspokoić. Od samego początku byłem zadany na siebie. Skazany na to, co dał mi los. Byłem samotny. Teraz jednak cholernie pragnąłem kogoś, kto wyciągnie do mnie pomocną dłoń. Było to tak silne odczucie, że obawiałem się tego, że naprawdę wpadnę w panikę. A tego nie chciałem. Musiałem działać, bez względu na wszystko.
             Zbliżyłem się do boiska, na którym zawsze biegał Calum. Kiedy tylko pomyślałem o chłopaku, uśmiechnąłem się lekko pod nosem. Mimo niewygodnej sytuacji, w jakiej się teraz znalazłem, jego obraz, który pojawił się w mojej głowie sprawił, że poczułem się odrobinę lepiej. Był jedną z tych osób, której zaufałem. Był też jedyny, który wiedział o mnie więcej.
            Byłem tak pogrążony we własnych myślach na temat Hooda, że nie usłyszałem kroków, które zbliżały się w moją stronę. Nie szedłem zbyt szybko, więc nic dziwnego, że czwórka mężczyzn prędko mnie otoczyła. Dopiero kiedy podniosłem głowę, zobaczyłem kogo mam przed sobą  i za plecami również. Poznałem dwóch z nich, którzy już wcześniej zaczepili mnie przy parku.
 No, proszę  zaczął jeden, pukając mnie palcem w klatkę piersiową.  To przecież ten pedałek. Gdzie zgubiłeś swojego chłoptasia, blondyneczko?
 Nie ma go?  odparł następny, sepleniąc i zmieniając głos, jakby mówił tonem małego dziecka.  Nie ma twojego chłopczyka, który by cię uratował?
 Nie chcę kłopotów  wydusiłem, robiąc krok do tyłu. Wtedy poczułem, jak futerał z gitarą odbija się od tego, który stał tuż za mną.  Naprawdę ja…
 Pedałów trzeba tępić. Jesteście obrzydliwi.
 Ja nie…
 Będziesz płakał, wstrętna cioto?  zakpił kolejny.
               W tym momencie moje serce znów zaczęło mocno łupać, jakby zaraz miało wyskoczyć. Teraz strach spotęgował się, a ja poczułem, że zaczynam się trząść. Próbowałem normalnie oddychać, ale każdy kolejny wdech był nieco płytszy, niż poprzedni. Po kręgosłupie przebiegł mi nieprzyjemny dreszcz, kiedy cała czwórka wybuchła śmiechem. Doskonale wiedziałem, że mam kłopoty. Tym razem jednak nie miałem co liczyć na ratunek. Ulice były puste.
              Zanim zdążyłem zareagować, ten który stał z tyłu, zacisnął palce na moim karku. Próbowałem się wyrwać i uciec, ale złapał mnie kolejny. Trzeci kopnął mnie w brzuch. Jęknąłem z bólu, czując, jak treść żołądka podnosi mi się do góry. Walczyłem z tym, by nie zwymiotować. Odciągnęli mnie na bok, prowadząc na boisko. Zatrzymali się za drzewami, tak by nie było nas widać z chodnika, który znajdował się przy wejściu.
 Wszyscy tacy, jak ty, powinni zdechnąć  powiedział ten najniższy z nich.  Brzydzę się wami.
             Splunął mi pod nogi, a potem uderzył mnie w twarz. Poczułem w ustach metaliczny posmak krwi, kiedy rozciął mi dolną wargę. Jego kumple rzucili mnie na asfalt. Podparłem się dłońmi, starając się utrzymać równowagę.
 Proszę…
 Co mówiłeś?
 Proszę, nie róbcie…
 Nie bądź pizdą  warknął jeden z ich, a potem znów zaczął się śmiać.  Zobaczymy, co tu masz.
               Jeden z nich chwycił mnie za włosy. Z całej siły pociągnął je do tyłu, przez co musiałem się wygiąć. Przeszukali moją bluzę, odnajdując w niej telefon. Miał lekko pękniętą szybkę i nie był najnowszy, dlatego nie zdziwiło mnie to, że raczej nie uznali tego za dobry łup. Zabrali mi resztkę pieniędzy, jaką miałem. Klika drobnych. To też nie zaspokoiło ich potrzeb.
 Bez kurwa jaj! Tylko to?! Tylko kurwa to!
              Wstrzymałem oddech, kiedy rzucił telefonem o ziemię. Ekran zupełnie się stłukł, a tylna osłonka razem z baterią rozleciały się we wszystkie strony. Nadepnął na niego kilka razy, niszcząc go kompletnie. Następnie spojrzał na mnie, chowając moje pieniądze do kieszeni.
 Masz coś jeszcze, gnoju?  Pokręciłem głową.  Weźcie futerał.
 Nie! Proszę!
 Czyżbyśmy trafili w dobry punkt?
             Jego kumpel szarpnął mnie po raz kolejny, a drugi ściągnął mi z pleców futerał. Pospiesznie go otworzyli, a potem wyciągnęli gitarę. Obejrzeli ją dokładnie, podśmiewając się pod nosem. W tym momencie naprawdę byłem spanikowany i przerażony.
 Proszę…
 Nie odzywaj się, pedale, jak nikt cię nie pytał!
            Jak tylko to powiedział, kopnął mnie w bok. Powietrze automatycznie uciekło mi z płuc. Padłem na ziemię, ponownie opierając się na sinych dłoniach. Starałem się wziąć kolejny wdech, ale wszystko paliło mnie od środka. Skrzywiłem się i zacisnąłem zęby, gdy ten najniższy nadepnął mi na palce.
 Podniecają cię penisy, skurwysynie? Lubisz brać facetowi do ust? No dalej, obrzydliwa cioto, odpowiadaj!
             Spuściłem wzrok, by tylko na niego nie patrzeć. Mój oddech przyspieszył jeszcze bardziej. Przez moment miałem wrażenie, że się uduszę, jeśli nie dam rady zacząć znów normalnie oddychać. Jeden z nich ponownie złapał mnie za włosy, ciągnąc je do tyłu. Znowu musiałem spojrzeć na swoich oprawców.
 Lubisz to?  zakpił najmniejszy, który chyba im przewodził. Podszedł bliżej. Chwycił mnie za głowę, a potem przycisnął ją do swojego krocza. Od razu zrobiło mi się nie dobrze.  Uwielbiasz takie zabawy, mała, męska dziwko? Lubisz być na kolanach i obciągać drugiemu? No, dalej…  Jego ręka zacisnęła się jeszcze mocniej na moich włosach. Przełknąłem łzy, czują się cholernie upokorzony.  Otwórz usta.  Odruchowo pokręciłem głową. Wtedy też dostałem po raz kolejny.  Otwieraj!  Zrobiłem to, czego chciał.  Bardzo dobrze. Mamy małą dziwkę. Małą kurwę  ciągnął, wyciągając palec i ustawiając go przy moich wargach.  Possij go.
               Wepchnął brudny paluch do moich ust. Znów poczułem, jak mnie zemdliło. Poruszył nim, a ja przymknąłem powieki, walcząc ze łzami. Odsunął się i wybuchnął szyderczym śmiechem, kiedy zacząłem mieć odruch wymiotny. Zwalczyłem to jednak, próbując złapać kolejny wdech.
 Co z tym?
 Rób, co chcesz.
              Spojrzałem na drugiego. Trzymał w rękach gitarę. Moje jedyne źródło beznadziejnego zarobku. Jedyna rzecz, która gwarantowała mi, choć trochę pieniędzy i nie skazywała na całkowite żebranie. Jedyna rzecz, dzięki której od czasu do czasu mogłem pozwolić sobie na ciepły posiłek. Jedyna rzecz, która gwarantowała mi egzystencje w Bostonie bez uciążliwego głodu.
 Nie!  krzyknąłem, kiedy uniósł instrument.
             Po chwili uderzył gitarą o ziemię, a ona od razu pękła na kilka większych części. Zacisnąłem zęby po raz kolejny, czując, że rozpadam się razem z nią. Teraz nie miałem nic, oprócz mp4, której na szczęście nie znaleźli. Zostałem kompletnie z niczym.
 Na razie, pedale!
             Zanim jednak odeszli, jeden z nich ponownie kopnął mnie w bok. Upadłem po raz kolejny, łapiąc spazmatycznie powietrze. Słyszałam, jak się oddalają. Ich głosy i kroki były coraz dalej, aż w końcu zniknęły zupełnie. Wokół mnie zapanowała cisza.
            Podniosłem się, choć nadal klęczałem na zimnym asfalcie. Wytarłem ręką okolice nosa, czując w tym miejscu ciepłą krew, która zalewała mi ubranie. Przesunąłem się do przodu. Złapałem za to, co zostało z mojej komórki. Trzęsącymi się dłońmi, wyciągnąłem kartę. Nie wiedziałem, czy działa, ale i tak schowałem ją do kieszeni. Uniosłem głowę, gdy czarne niebo zostało przecięte przez jasną błyskawicę.
            Niechętnie spojrzałem na to, co zostało z mojej gitary. Dźwignąłem się z trudem na nogi, czując ból w każdym skrawku ciała. Raz jeszcze zerknąłem na rozsypane drewno. Przełknąłem ślinę, ale i tak nie udało mi się powstrzymać łez, które wcisnęły mi się do oczu. Nie wiedziałem, jak sobie poradzę bez niej. Jak zdobędę dodatkowe pieniądze. Byłem skończony. Byłem nikim. Byłem marginesem. Byłem upokorzony, obdarty z godności i obolały. Czułem się, jak największy śmieć. W tym momencie żałowałem, że nie postarali się bardziej, by nie skrócić mojego marnego pieprzonego życia. To było by łatwiejsze rozwiązanie.
              Nie miałem pojęcia, co ze sobą zrobić. W końcu uznałem, że udam się do miejsca, w którym zawsze było mi lepiej. Wyszedłem z boiska, obejmując się ciasno ramionami. Próbowałem ignorować ból, który promieniał wzdłuż boku. Po kilku krokach poczułem na twarzy małe krople deszczu, które mieszały się z łzami. Zaczynało padać.

~***~
             Przystawiłem kubek do ust. Upiłem łyk ciepłej herbaty. Podszedłem do okna, by spojrzeć na to, co dzieje się na zewnątrz. Odsunąłem firankę. Tak, jak zapowiadali, zaczęła się burza. Deszcz bębnił mocno w szybę. Chodniki, ulice i budynki były mokre. Z oddali huknęło, a na niebie pojawiła się kolejna błyskawica.  
             Zmarszczyłem czoło, przyciskając nos jeszcze mocniej do szyby. Zmrużyłem oczy, wpatrując się w postać siedzącą pod cukiernią. Niewielka markiza w granatowo białe pasy, chyba miała odrobinę ochronić go przed deszczem. Wiatr jednak zacinał z boku, powodując, że krople i tak docierały do nieznajomego. Dopiero po chwili zorientowałem się, że nie jest to nikt obcy. A przynajmniej nie obcy dla mnie. Rozpoznałem blondyna, który skulił się jeszcze bardziej. Wyglądał tak, jakby za wszelką cenę próbował utrzymać przy sobie ciepło. Beznadziejna pogoda mu tego nie ułatwiała.
              Wstrzymałem oddech. Zrobiło mi się go żal. Dziwiłem się, dlaczego nie był w noclegowni. Co takiego się stało, że tam nie dotarł? Dlaczego zrezygnował i to jeszcze dziś, kiedy na zewnątrz robiło się tak nieciekawie? Nie miałem zamiaru go zignorować. Szczególnie, że od ten widok był cholernie smutny i przytłaczający. Luke ewidentnie potrzebował pomocy.
               Odwróciłem się od okna. Szybko odłożyłem kubek z herbatą na stół, a następnie podszedłem do wieszaka, który wisiał przy drzwiach wyjściowych. Złapałem za bluzę. Naciągnąłem ją na siebie. Wskoczyłem w pierwsze lepsze sportowe buty. Wziąłem parasolkę i klucze. Wypadłem szybko na korytarz, zamykając za sobą drzwi. Zbiegłem po schodach, by dotrzeć do niego, jak najszybciej. Miałem nadzieję, że chłopak zaraz nie zniknie. Że nie odejdzie z miejsca, w którym go widziałem.
               Na szczęście, jak tylko wynurzyłem się z klatki, nadal tam siedział. Zarzuciłem na głowę kaptur, chcąc uchronić się przed zimnym wiatrem. Rozłożyłem parasol. Zatrząsł się w moich rękach, ale zdołałem go utrzymać w pionie. Podszedłem do krawężnika. Rozejrzałem się szybko na boki, by mieć pewność, że mogę bez przeszkód przebiec na drugą stronę ulicy. Zrobiłem to od razu, nie czekając dłużej.
               Zwolniłem nieco kroku, kiedy znalazłem się bliżej chłopaka. Z tej odległości widziałem to, jak bardzo się trzęsie. Jego twarz ukryta była w ramionach, które owinął wokół nóg. Zakołysał się lekko i zgarbił, kiedy kolejne krople deszczu spadły na jego przemoczoną bluzę. Zresztą, odnosiłem rażenie, że cały przemókł. Przez chwilę byłem pewny, że usłyszałem ciche pociągnięcie nosem.
             Nie słyszał tego, jak podchodzę. Ukucnąłem naprzeciwko, osłaniając nas parasolem. Deszcz zabębnił mocniej w materiał. Dotknąłem jego dłoni. Była lekko sina i zimna. Luke podskoczył, wciskając się bardziej w ścianę, którą miał za sobą. Spojrzał na mnie z przerażeniem. Dopiero kiedy mnie rozpoznał, wypuścił powietrze z ust, jakby poczuł ulgę.
              Przez moment lustrowałem jego bladą i mokrą twarz. Miał rozciętą wargę, podrapany policzek, a pod nosem widniały resztki krwi. Jego oczy były zaczerwienione. Choć deszcz zmywał ślady jego stanu, to właśnie to zdradzało mi, że musiał płakać. Błękitne tęczówki przepełnione były bólem i strachem. Wyglądał teraz na człowieka kompletnie złamanego i zniszczonego przez los. Chciałem wiedzieć, co się stało, ale teraz nie był to dobry moment, by zacząć pytać. Aż przykro było patrzeć na to, jak się prezentował. Nie mogłem go tak zostawić. Nie potrafiłem go tak zostawić.
 Chodź.  Pokręcił głową, zaciskając zsiniałe od zimna wargi.  Daj spokój, Luke. Zamarzniesz tu. Chodź.
              Przez chwilę wyglądał tak, jakby się mocno zastanawiał nad moją propozycją. W końcu jednak dźwignął się na nogi. Skulił się, gdy znów mocniej zawiało. Dostrzegłem jego brudne spodnie i bluzę, jakby chłopak upadł na ziemię. Mój mózg szybko podsunął mi odpowiednią odpowiedź. Ktoś musiał się do niego przyczepić.
              Bez słowa przeszliśmy na drugą stronę jezdni. Co chwilę kontrolnie spoglądałem na niego, mając nadzieję, że nie ucieknie lub się nie przewróci. A wyglądał tak, jakby mógł to zrobić. On jednak posłusznie szedł obok, starając się nie łapać ze mną kontaktu wzrokowego. Odniosłem wrażenie, jakby wstydził się tego, jak wygląda i tego, że muszę mu pomagać.
              Jego postawa odrobinę się zmieniła, kiedy weszliśmy do klatki schodowej. Złożyłem parasol, potrząsając nim, by pozbyć się nadmiaru wody. Luke uważnie rozejrzał się dookoła, choć nie było, czego tu podziwiać. Machnąłem ręką, by poszedł za mną. Weszliśmy na odpowiednie piętro, a potem otworzyłem drzwi. Przepuściłem go pierwszego. Minął próg z lekkim zawahaniem.
              Blondyn musiał odrobinę się rozluźnić  być może poczuł się bezpieczniej, a może wpływ na to miało ciepło, jakie panowało w mieszkaniu. Wyprostował się, spoglądając na boki. Zatrzymał wzrok na kanapie, telewizorze, półce z płytami i książkami. Ściągnąłem buty i bluzę. Rozłożyłem parasol, stawiając go w rogu pomieszczenia, aby przesechł. On dalej się nie ruszył.
 Czuj się, jak u siebie  powiedziałem, chcąc przełamać ciszę, jaka trwała od początku. Luke powoli odwrócił się. Błękitne tęczówki skupiły się na mnie. Zatrząsł się ponownie.
 Dziękuję.
 Możesz tu zostać na noc i…
 Nie chcę ci robić kłopotu.
– Luke?  Kiwnął głową.  Nie masz gdzie iść. Zostajesz.  Przełknął ciężko ślinę, a następnie odwrócił się, by ukryć to, że w jego oczach znów pojawiły się łzy.  Zaraz dam ci coś na przebranie. Weź sobie też gorącą kąpiel, powinna cię skutecznie rozgrzać. W szafce znajdziesz czyste ręczniki. Mam też nową szczoteczkę do zębów, więc korzystaj. Leży zamknięta w opakowaniu w tej mniejszej szafce.
              Chłopak powoli ściągnął buty, a potem zrobił kilka kroków w głąb pokoju. Przez moment rozglądał się po salonie, by znów skupić wzrok na mnie. Tym razem to ja kiwnąłem mu głową, przechodząc szybko do sypialni. Wyciągnąłem z szafy szare dresy i białą koszulkę. Po chwili wróciłem z powrotem, wciskając mu suche rzeczy w ręce.
 Nie spiesz się. Przygotuję ci kanapę do spania.
 Dziękuję.
              Poklepałem go po plecach, a następnie ruszyłem do kuchni. Usłyszałem jeszcze jego kroki, a potem dźwięk zamykanych drzwi, kiedy zniknął w łazience. Zagryzłem wargę, podchodząc do lodówki. Mimo tego, że miałem go pod swoim dachem to i tak nadal się o niego martwiłem. W moich myślach pojawiła się irracjonalna chęć chronienia go za wszelką cenę. Musiałem zwalczyć to odczucie i nie pozwolić mu się pogłębić.

~***~
              Zrzuciłem z siebie ubrania. Odwróciłem się do lustra, widząc ślady, jakie zostawili na moim ciele. Warga była opuchnięta, policzki zaczerwienione, a pod nosem lśniła zaschnięta krew. Na boku, w który zostałem parę razy kopnięty, zaczął tworzyć się siniak. Spuściłem głowę znów czując narastający wstyd i upokorzenie. Dostało mi się głównie dlatego, że byłem tym, kim byłem. Że miałem czelność być homoseksualistą.
              Zakręciłem kurek, a następnie wszedłem do wanny wypełnionej pianą. Zimna skóra zapiekła, kiedy zetknęła się z gorącą wodą. Wypuściłem powili powietrze z ust, zanurzając się w niej. Przyjemne ciepło, odprężyło mnie. Przymknąłem powieki, wsłuchując się w krzątaninę Caluma, który kręcił się po mieszkaniu. Byłem mu cholernie wdzięczny za to, co dla mnie zrobił. Był osobą, która ciągle wyciągała w moją stronę dłoń, a ja coraz odważniej chwytałem się pomocy, jaką mi oferował. Pewnie nie zdawał sobie sprawy, jak wiele to dla mnie znaczyło. Był, niczym ratunek, którego tak rozpaczliwie potrzebowałem.
              Nie wiem, ile tkwiłem w wannie, ale kiedy zaczął ogarniać mnie błogi spokój, a oczy same zaczęły się kleić, postanowiłem skończyć to miłe wygrzewanie się. Umyłem się szybko, łącznie z włosami, a następnie wyszedłem. Opłukałem wannę, jednocześnie sprawdzając dookoła, czy nie narobiłem niepotrzebnego bałaganu.
             Pierwszy raz poczułem się naprawdę czysto i dobrze. Czułem na skórze i włosach delikatny zapach szamponu i żelu do mycia, które należały do Caluma. Podobał mi się. Odgarnąłem z czoła mokre włosy, raz jeszcze sprawdzając, czy po sobie posprzątałem. Gdy byłem wyszykowany do snu, opuściłem łazienkę.
             Jak tylko znalazłem się w pokoju, do mojego nosa dotarł zapach przypraw i roztopionego sera. Wtedy też zorientowałem się, że mocno zgłodniałem. Ruszyłem do kanapy, odkładając na oparcie krzesła swoje mokre ubrania. Wątpiłem w to, że wyschnął do rana. Usiadłem powoli na sofie. Oparłem dłonie o miękką, granatową pościel.
             Odwróciłem głowę, kiedy Calum pojawił się w salonie. W jego rękach znajdował się talerz z ciepłymi tostami. Podał mi go z uśmiechem, a następnie znów powędrował do kuchni. Po chwili jednak wrócił, ściskając w dłoniach dwa kubki z parującą herbatą. Postawił jeden naprzeciwko mnie, a potem usiadł obok.
 Dziękuję  powiedziałem po raz kolejny, by miał pewność, że naprawdę doceniam to, co dla mnie robi.
 Cieszę się, że mogę pomóc.  Przysunął kubek do ust, a następnie dmuchnął w niego raz, a potem kolejny.  Dobrze, że podszedłem do okna. Wtedy cię zobaczyłem.  Spuściłem głowę, zabierając się za jedzenie. Czułem na sobie spojrzenie chłopaka, ale wcale mi to nie przeszkadzało.  Powiesz mi, co się stało?
              Między nami zapanowała chwilowa cisza. Wiedziałem, że w końcu padnie to pytanie, więc nie byłem nawet zdziwiony. Przełknąłem kawałek chrupkiego chleba, a następnie utkwiłem w nim błękitne oczy. Chłopak ponownie uśmiechnął się. Nie chciałem go okłamywać ani przemilczeć przyczyny, dlaczego znalazł mnie w takim stanie. Zasługiwał na prawdę.
 Zasiedziałem się i nie zdążyłem dotrzeć do noclegowni na czas  zacząłem pomału, a moje palce mocniej zacisnęły się na trzymanym talerzu.  Potem przechodziłem obok boiska… W sumie nie wiedziałem, dokąd powinienem iść. Wtedy znikąd pojawiła się grupka facetów i… Uznali mnie za duży problem, więc oberwałem.
 Na pewno wszystko w porządku? Nie potrzebujesz lekarza czy…
              Nie skończył, bo szybko pokręciłem głową. Widziałem, że czeka na to, aż powiem coś jeszcze, ale to co stało się na boisku wolałem przemilczeć. Nie chciałem znów odtwarzać tych wydarzeń i znów czuć upodlenie i upokorzenie, jakiego doznałem. Calum musiał to wyczuć, więc nie zapytał o nic więcej. Kiedy znów zabrałem się za jedzenie, które znikło w dość szybkim tempie, chłopak tylko mnie obserwował, co jakiś czas uśmiechając się lekko pod nosem. Wypiłem też całą herbatę na raz, czując jak i ona rozgrzewa mnie przyjemnie od środka.
 Kładź się spać, wyglądasz na wykończonego  powiedział, odbierając ode mnie talerz i pusty kubek. – Powieszę twoje rzeczy na kaloryferze w łazience. Jakbyś czegoś potrzebował będę w pokoju obok.
 Dziękuję.
 Wyluzuj, trzeba sobie pomagać. Zostawić ci włączony telewizor?
 Nie.
 W takim razie dobranoc.  Wyłączył telewizor, odkładając pilot na stół.
 Dobranoc, Calum  odpowiedziałem, podnosząc się.
             Hood kiwnął mi po raz ostatni głową, a następnie poszedł do kuchni. Potem wrócił i zabrał moje ubrania. Zanim zdążyłem wejść pod miękką kołdrę i ułożyć się na poduszkach, przeszedł do drugiego pokoju, zamykając za sobą drzwi. 
            Zanurzyłem się w ciepłej pościeli, czując się znacznie lepiej. Było tu cicho i spokojnie, a kanapa o wiele bardziej wygodniejsza, niż stare łóżka w noclegowni. Poczułem się też bezpiecznie. Pierwszy raz od czasu pojawienia się w Bostonie, naprawdę czułem się bezpieczny. Jakby w tym miejscu nic nie mogło mi się stać. Przymknąłem powieki, wciskając twarz w poduszkę, która lekko pachniała lawendowym płynem do płukania. Bezpieczny… Chciałem czuć się tak już zawsze.


***
Najpierw miał pojawić się rozdział do Do You Remember Me, ale pomyliłam kolejność, dlatego dodany jest Cake.
Hemmo trochę oberwał - znowu. Chłopak nie ma łatwo w tym ff, ale... Dzięki Calumowi trochę się to zmienia. Hood nie zostawił go na pastwę olbrzymiej burzy. Może ci dwaj polubią się jeszcze bardziej? :)
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu.

Standardowo zapraszam na Aska i Twittera - @RoxyDonau
Tam znajdziecie informacje o tym, co i kiedy się pojawia

Pozdrawiam i do następnego!

#SaveMeFF

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz