niedziela, 4 czerwca 2017

#08 Dziękuję też za to, że jesteś

                 Przekląłem pod nosem, zrywając się z łóżka. Nie wiem, jakim cudem nie usłyszałem budzika, ale postanowiłem się w to dłużej nie zagłębiać. Szczególnie że miałem nie za dużo czasu, by się wyszykować i dotrzeć do pracy, nie zaliczając zbyt wielkiego spóźnienia. Może wyłączyłem go przez sen, bo czasem i tak się zdarza? Zresztą nie ważne.
                 Wyciągnąłem z szafy pierwsze lepsze ubrania i wyleciałem z pokoju, udając się prosto do łazienki. Doprowadziłem się do jako takiego stanu używalności, choć po mojej twarzy ewidentnie było widać, że dopiero przed chwilą oderwałem ją od mięciutkiej poduszki.
                  Prawie potykając się o własne stopy, wypadłem z powrotem do salonu. Wtedy moje ciemne oczy natrafiły na śpiącego chłopaka. Blondyn leżał na brzuchu, obejmując ramionami pierzynę. Kołdrę miał między udami, przez co było widać mu jedną nogę. Jego blada twarz wyglądała na spokojną. Może śniło mu się coś dobrego?
                  Zapatrzyłem się na niego i dopiero po chwili przypomniałem sobie o ograniczeniu czasowym, jakie miałem. Podskoczyłem w miejscu, jakby myśl o pracy co najmniej mnie oparzyła. Podszedłem do kanapy, na której spał. Złapałem za jego ramię, lekko nim potrząsając.
 Luke…
                   Nie zdążyłem dokończyć, bo blondyn zerwał się do pozycji siedzącej, ciężko oddychając. Przycisnął do siebie kołdrę, jakby to ona miała go obronić i odciąć od niebezpieczeństwa. Spojrzał na mnie ze strachem. Kiedy zauważył, że nic się nie dzieje, powoli wypuścił powietrze z ust. Przez moment uważnie go obserwowałem.
 W porządku?
 Tak… Tak… Jest okej  odparł, a jego oddech w końcu się uspokoił.
 Nie chciałem cię wystraszyć, ale zaspałem do pracy i…
 Jasne. Już się zbieram.
 Jeśli chcesz, możesz tu zostać.
 Co?  wydusił z zaskoczeniem, nie spuszczając ze mnie wzroku.
 Możesz…
 Nie, nie, nie. Nawet nie ma takiej opcji. Naprawdę doceniam to, co dla mnie robisz i że ufasz mi na tyle, by pozwolić mi zostać, ale nie przesadzajmy. Już mnie tu nie ma.
 Ufam ci całkowicie.  Spojrzał na mnie ewidentnie zszokowany. Wzruszyłem ramionami, uśmiechając się.  Nazwij mnie kretynem, ale naprawdę ci ufam, choć nie znamy się nie wiadomo, jak długo.
 Jesteś kretynem, ale za to cholernie…  Urwał, zagryzając wargę, jakby miał powiedzieć coś, co nie było na miejscu. Oblał się rumieńcem, a następnie wstał z łóżka.
 Cholernie jaki?  dopytałem, nie przestając się uśmiechać.
 Możemy pominąć tę kwestię?  rzucił, zabierając z krzesła swoje rzeczy.  Masz mało czasu, a ja muszę do łazienki.
 Cholernie jaki, Luke?
 Serio?  mruknął, idąc w kierunku drzwi.
 Jaki? Mega przystojny, strasznie uroczy czy może kochany i najlepszy?  Blondyn zerknął na mnie przez ramię, a ja dostrzegłem, że jego twarz zrobiła się jeszcze bardziej czerwona.  O! To któreś z tych? Trafiłem?
 Całkiem możliwe  wydukał, a potem zniknął za białymi drzwiami.
                   Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, będąc całkowicie zadowolonym z siebie. Już nawet wizja spóźnienia się do pracy przestała mieć, aż tak wielkie znaczenie. Podobało mi się to, jak Luke na mnie reagował. Jakby i on wtapiał się w tę relację jeszcze bardziej, co naprawdę mi odpowiadało. Szczególnie że nigdy nie był mi obojętny. Najpierw byłem zafascynowany i mocno zaciekawiony tym tajemniczym chłopakiem z gitarą. Po jego bliższym poznaniu, zacząłem obdarzać go coraz to większą sympatią i jakoś szczególnie z tym uczuciem nie walczyłem. Niech się dzieje to, co ma się dziać.

~***~
                  Zrobiłem sobie chwilę przerwy od grania. Oparłem się o gitarę. Przymknąłem powieki, wystawiając twarz w stronę słońca. Dziś pogoda w Bostonie była znacznie lepsza, niż przez ostatnie dni. Znów zrobiło się cieplej, a siedzenie na zewnątrz było przyjemniejsze.
                 Nie musiałem długo czekać na to, aż mój mózg przywoła obraz Caluma. Szczególnie że dzisiaj znów słuchałem jego audycji w radiu. On i Ashton mówili na temat pomocy innym. A Hood pod tym względem był naprawdę mocno wygadany. Zresztą znałem go od tej strony, co jeszcze bardziej sprawiało, że jego słowa stawały się wiarygodne. On taki był, a ja zastanawiałem się, czy chociaż w jakimś minimalnym stopniu umiałbym mu pod tym względem dorównać. Próbowałem sobie przypomnieć, jak to było w Rochester. Czy byłem jednym z tych ludzi, którzy nie zwracali uwagi na innych i nie wyciągali do nich pomocnej dłoni czy może nie byłem, aż tak obojętny, jak myślałem? Prawda była taka, że tamto życie zdawało się być tak bardzo odległe, a wszystkie wspomnienia w dużej mierze zamglone, jakby nie były nigdy prawdziwe.
                  Chłopaki na antenie mówili o różnym spostrzeganiu świata. O tym, jak jedne osoby zapatrzone są tylko w swoje problemy, nie koncentrując się na tym, co ich otacza. Zamykali się na innych, skupiając się całkowicie na sobie. Kolejna grupa opisana była, jako ci, którzy bali się pomóc. A powody ku temu były różne. Może bali się reakcji tej osoby, do której wyciągnęliby rękę? A może coś ich dodatkowo blokowało? Może nie potrafili się przełamać? Jeszcze inni robili to bezinteresownie, automatycznie. Dzielili się tym, co mieli i dawali to, co mogli dać. Do tej kategorii zaliczał się Calum. Zastanawiałem się, w której grupie byłoby moje miejsce.
                  W programie Hooda i Irwina znaleźć można było wszystko. Od zwykłych błahych i luźnych tematów, po te bardziej poważne i dyskusyjne. Nie bali się mówić. Nie bali się mieć odmiennej opinii czy poglądów. Z pewnością to w dużej mierze przyczyniało się do tego, że byli lubiani przez słuchaczy. Dzięki temu ja też zacząłem patrzeć na świat nieco inaczej. 
                  Spojrzałem na kubek, w którym znajdowały się moje zarobione pieniądze. Spędziłem na murku dobrych kilka godzin  praktycznie odkąd opuściłem mieszkanie Caluma. Uśmiechnąłem się lekko, dobrze wiedząc, że ta zgromadzona suma pozwoli mi na zjedzenie ciepłego obiadu, a także na zrobieniu niewielkich zakupów. A to napawało mnie dodatkowym optymizmem, bo chciałem w końcu sam coś przynieść na spotkanie z chłopakiem.
                    Choć ostatnio widziałem się z Hoodem praktycznie codziennie, to jednak nasze spotkania nie były zaplanowane. Wpadaliśmy na siebie przypadkiem, jakby los sam popychał nas do częstszego spędzania ze sobą czasu. Dzisiaj jednak było inaczej. Zanim pożegnałem się z nim rano, tuż przy jego samochodzie, Calum sam wyszedł z propozycją, by zobaczyć się po jego pracy. Tym razem nie musiał mnie na to w ogóle namawiać. Automatycznie się zgodziłem, a on obiecał, że zadzwoni, by ustalić konkretną godzinę, o ile nie wpadniemy na siebie wcześniej. Nie wiedziałem jednak, czy tym razem znów trafimy do jego mieszkania czy może w jakieś inne miejsce, ale i tak postanowiłem coś kupić. Nie miałem zbyt dużego budżetu, ale na piwo i dwie-trzy przekąski powinno wystarczyć. Zawsze się przyda, jakbyśmy chcieli obejrzeć film. A naprawdę lubiłem tkwić z nim razem na kanapie i wlepiać oczy w ekran telewizora. Była to dla mnie przyjemna forma spędzania czasu. Zresztą było mi obojętne, co będę robił. Ważne było to, że Calum był obok. To wystarczyło.
                      Poprawiłem gitarę. Po chwili moje palce trąciły struny i znów popłynęła melodia. Zmarszczyłem lekko nos, uświadamiając sobie, że całkowicie zapomniałem o tym, że Hood też gra. Może któregoś dnia uda mi się go na mówić na wspólne muzykowanie?
                    Zerknąłem w bok, gdy zdałem sobie sprawę z tego, że ktoś zatrzymał się niedaleko mnie. Spojrzałem, niby przelotnie, na młodego chłopaka. Może był ciut starszy ode mnie, a może byliśmy w tym samym wieku. Na głowie miał czarną czapkę z daszkiem, a na nogach wściekle zielone adidasy. Byłem pewny, że minęło kilka długich minut, zanim się poruszył. Zrobił kilka kroków do przodu, zmniejszając między nami dystans. Wtedy też po prostu utkwiłem w nim wzrok, zastanawiając się, czego dokładnie ode mnie chce. A przez moment wyglądał tak, jakby chciał się odezwać.
                   Moje założenia jednak były błędne. Nieznajomy chłopak wcale nie liczył na pogawędkę czy dłuższe przysłuchiwaniu się temu, jak gram. Zdradził go jego chytry, złośliwy i nazbyt pewny uśmieszek, który z początku wydawał mi się dość niewinny. Zanim zdążyłem go dokładnie rozgryźć i zareagować, złapał za kubek z pieniędzmi i puścił się pędem przed siebie. Pospiesznie wstałem. Chciałem krzyknąć, pobiec za nim, zrobić cokolwiek, ale było już za późno. Zniknął w bocznej uliczce.
 Kurwa  syknąłem pod nosem z niedowierzaniem.
                    Wypuściłem ciężko powietrze z ust, czując narastającą wściekłość. Przymknąłem ponownie powieki, odchylając głowę do tyłu z rezygnacją. Naprawdę nie chciałem się rozsypać, ale los ponownie skopał mnie po tyłku. Czy będę przegrany już do końca swojego gównianego życia? Cholernie żałowałem też tego, że nie schowałem zarobionych pieniędzy do portfela wcześniej. Gdybym to zrobił, uchroniłbym część kwoty przed kradzieżą. Miałbym cokolwiek, a teraz jak zwykle zostałem z niczym.
                     W tym momencie nie chodziło mi nawet o ten ciepły obiad, który zamierzałem za to kupić. Najbardziej zależało mi na zakupach, jakie chciałem zrobić. By w końcu spotkać się z Calumem, nie mając pustych rąk. Nie wyszło.
                    Zazgrzytałem zębami, wracając na murek. Zakryłem twarz dłońmi, opierając łokcie o kolana. Przeklinałem w myślach siebie i kolejnego złodzieja, który stanął na mojej drodze. Zauważyłem, że w moim nowym życiu, jak tylko odrobinę odbiję się od dna, ktoś na nowo ściąga mnie w dół. Jakbym jechał kolejką górską, raz będąc na górze, by po chwili znów z niej zjechać. I tak przez cały czas.
 Cześć, Luke.
                    Raptownie podniosłem głowę, słysząc ten znajomy głos, który sprawił, że poczułem się lepiej. Ale Calum tak na mnie działał. Sama jego obecność powodowała obniżenie poziomu stresu i strachu, dając nadzieję i poczucie bezpieczeństwa.
 Cześć  odparłem z mniejszym entuzjazmem.
 Coś się stało?  Pokręciłem głową. Uniósł jedną brew, dokładnie mi się przyglądając.  Mów.
 Nic się nie stało.
 Widzę to po twojej minie. Wyglądasz na wkurzonego, ale jednocześnie… Odrobinę załamanego?
 Nie wiedziałem, że jesteś też psychologiem  powiedziałem, chowając gitarę do futerału.
                  Musiałem przełknąć gorzki smak porażki, po tym, co się przed chwilą stało. Zerknąłem na chłopaka, który w dalszym ciągu nie odrywał ode mnie ciemnych oczu. Widać było, że jest zaniepokojony. Przez to poczułem się głupio. Naskoczyłem  może niebyt ostro, ale jednak  na niego, gdy tylko okazał wobec mnie troskę. Nie mogłem się zamknąć?
 Przepraszam, nie chciałem…
 Nic się nie stało  powiedział, podchodząc bliżej. Usiadł obok.  Po prostu się martwię. I tak wiem, jesteś dużym chłopcem i umiesz sobie radzić sam i…
 Prawda jest taka, że wcale sobie nie radzę  przerwałem mu, starając się nie rozkleić, bo te słowa dokładnie zobrazowały mi to, w jak beznadziejnym położeniu się znajduję. Choć wcześniej już to wiedziałem, to jednak nadal karmiłem się nadzieją, że jakoś to będzie. Teraz jednak tych sił do dalszej walki i przetrwania miałem znacznie mniej.  Jestem całkowicie przegrany.
 Wcale nie i nawet tak nie myśl  pociągnął, kładąc mi dłoń na ramieniu. Ten gest wywołał we mnie przyjemne ciepło, które promieniowało od miejsca, w którym mnie odtykał.  Nigdy w siebie nie wątp.
 Przed chwilą ukradli mi zarobione pieniądze, a chciałem… Liczyłem na to, że zjem obiad.
 I zjesz go.  Spojrzałem na niego. – Jak widzisz nie musiałem zostawać dłużej w pracy, dlatego nie dzwoniłem. Czułem, że cię tu znajdę  dodał z lekkim uśmiechem.  Mam więc dla ciebie dwie propozycje: możemy iść coś zjeść na mieście lub zabawić się w szefów kuchni i upichcić coś u mnie. Co ty na to?
                     Mimo całej sytuacji i tego, jak parszywie się czułem, uśmiechnąłem się do niego z nieukrywaną wdzięcznością. Calum od samego początku mi pomagał i to pod każdym względem. I robił to bezinteresownie, nie chcąc nic w zamian. Byłem pewny, że nigdy nie będę w stanie się mu odwdzięczyć.  
 Możemy zjeść u ciebie?  odparłem niepewnie.
 Jasne. Może zrobimy pizzę?
 Pizzę?
 Moja mama ma dobry przepis. Może jak się postaramy to i nam wyjdzie?
 Pizza brzmi świetnie.
 To postanowione. Zadzwonię do niej, by przesłała mi przepis na ciasto i sos. Kupimy wszystko, co będzie nam potrzebne, a potem spróbujemy nie spalić mi kuchni  pociągnął ze śmiechem. Uśmiechnąłem się po raz kolejny, nie mogąc oderwać od niego wzroku.  A ty  lekko popchnął mnie, przez co się zakołysałem. To sprawiło, że mój uśmiech się poszerzył.  Nie myśl o tym kutasie, co ukradł ci kasę. Niech się pierdoli. Karma go w końcu dopadnie.
 Wierzysz w takie rzeczy?
 Wierzę w to, że gdy jesteś dobry, to dobro do ciebie wróci. Nie od razu, ale kiedyś na pewno. Kiedy jesteś złamasem i sukinsynem, to w końcu dostaniesz po dupie.
 Tylko życie nie zawsze jest sprawiedliwe.
 Tak, to prawda. Ale liczę na to, że jakaś równowaga jest jednak zachowana.
 Calum?
 Tak?
 Dziękuję.
 Za co?
 Za wszystko i…
 Już na ten temat rozmawialiśmy i…
 Dasz mi dokończyć?  odparłem ze śmiechem. Hood pokiwał głową, a potem zakrył usta ręką, jakby miał pięć lat. To rozbawiło mnie jeszcze bardziej.  Dziękuję też za to, że jesteś.
 Że jestem?  rzucił, a jego ciemne oczy powiększyły się z zaskoczeniem.
 Że po prostu jesteś obok.
– Jestem i nigdzie się nie wybieram  powiedział z szerokim uśmiechem, klepiąc mnie lekko po ramieniu.

                     Skończyłem właśnie przygotowywać sos do pizzy, trzymając się ściśle przepisu pani Hood. Calum stał tuż obok, a jego zadaniem było stworzyć podstawę dania, czyli ciasto. Zaczął je wyrabiać, a ja zerknąłem na niego z ciekawością. Jego oczy nie odrywały się od masy, którą co i rusz ugniatał. Nie chcąc być w tyle z pracą, złapałem za deskę, by pokroić kolejne składniki.
 Oby to było zjadliwe.
 Na pewno będzie, chyba nie jesteśmy takimi ofermami – odpowiedziałem, łapiąc za nóż.
                   Calum zaśmiał się. Przeniósł ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Staliśmy naprawdę blisko siebie, więc jak tylko to zrobił, otarł się lekko swoim ramieniem o moje. Momentalnie poczułem, jak na skórze pojawia mi się gęsia skórka. Choć było to dość delikatne i w zasadzie nic nie znaczące, to mój organizm i tak mocno na to zareagował. Spuściłem głowę, czując, że moje policzki znów oblewają się czerwienią. Przełknąłem ślinę, licząc na to, że chłopak nie zauważy mojego dziwnego zachowania.
 Jak ci idzie?
 W porządku. Podwójna ilość sera?  zapytałem, odzyskując odwagę, by znów na niego spojrzeć.
                   Zacisnąłem usta, tłumiąc śmiech. Calum zmarszczył czoło, nie wiedząc, o co mi chodzi. Jego mina dodatkowo mnie rozbawiła, więc zaśmiałem się cicho, wskazując jego policzek palcem. W tym właśnie miejscu znajdowała się odrobina białej mąki. Nie licząc jego przedramion i dłoni, a także koszulki.
 Co? Mam tam coś?
 Mąkę.
                 Obie ręce miał brudne od ciasta, więc spróbował wytrzeć policzek w okryte koszulką ramię. Nie do końca mu to wychodziło, bo biały ślad był znacznie wyżej. Dodatkowo sam nie do końca wiedział, gdzie centralnie znajduje się mąka.
 Poczekaj.  Złapałem za kawałek ręcznika papierowego. Starłem niesforną mąkę z jego twarzy.  Lepiej?
 Ty mi powiedz.
 Zawsze wyglądasz znakomicie.
                Kiedy zdałem sobie sprawę z tego, co dokładnie opuściło moje usta, zaczerwieniłem się po raz kolejny. Hood uśmiechnął się, ale nie parsknął śmiechem. Zresztą zapadłbym się pod ziemię, gdyby to zrobił. Na szczęście do niczego takiego nie doszło. Wziąłem głębszy wdech, chcąc wyrzucić tę kompromitację z głowy.
 Ty też wyglądasz znakomicie  odparł, a ja wstrzymałem oddech.
 Bo mam na sobie twoją koszulkę?
                Chciałem to wszystko obrócić w żart. Calum nie potrzebował moich komplementów. Nie potrzebował kogoś takiego, jak ja. I to naprawdę było przykre i bolesne. Wiedziałem, że reprezentujemy dwa różne poziomy. Może kiedyś ta sytuacja się odmieni i wyrówna?
 Też. Pasuje ci.
 To może już ci jej nie oddam.
 Jest twoja.
 Nie, ja tylko żartowałem  odparłem szybko.  Naprawdę.
 A ja naprawdę mówię, że możesz ją wziąć.
 Nie mogę, bo…
 Dobra, niech ci będzie  rzucił, znów się uśmiechając.
                 Przez chwilę zapatrzyłem się na jego usta. Ocknąłem się w momencie, gdy lekko przechylił głowę, wpatrując się we mnie z ciekawością. Odwróciłem się z powrotem w stronę blatu, kontynuując krojenie sera. Zacisnąłem lekko zęby, karcąc się w myślach. Czy ja muszę zachowywać się, jak idiota? Szczególnie gdy Calum był obok?

~***~
                 Przeżułem kolejny kawałek pizzy domowej roboty. Ciasto było za twarde, ale na szczęście całość była zjadliwa. Jak na pierwszy raz wyszła nam całkiem niezła, choć nad spodem trzeba by było jeszcze popracować.
                 Spojrzałem w bok. Luke zajmował drugą część kanapy. Uśmiechnąłem się, widząc, jak pochłania nasz obiad z nieukrywanym apetytem. Byłem pewny, że jemu smakuje to znacznie lepiej niż mi. Albo był po prostu bardzo głodny. Wcisnął do ust ostatni kawałek, a potem złapał za kolejny. Oblizał wargi, a następnie wgryzł się w nią. Zamlaskał cicho i zerknął na mnie.
 Nie chciałem  powiedział, gdy przełknął to, co miał w buzi.
 Gdzie twoje maniery, Luke?  rzuciłem dla zgrywy, marszcząc nos. Blondyn odrobinę się zgarbił, od razu zrywając kontakt wzrokowy.  Wyluzuj, żartowałem.  Zaśmiał się nerwowo w ramach odpowiedzi.  Naprawdę żartowałem. Widzę, że ci smakuje.
 Jest dobra.
 Ciasto jest do dupy.
 Nie przesadzaj  rzucił, poprawiając pozycję, w jakiej siedział.  Pizzerii co prawda byśmy nie założyli, ale jak na nasze możliwości to… jest dobra.
 Luke?
 Tak?
 Zostaniesz na noc?
 Ja…  Znów się odrobinę zmieszał.  Mogę?
 Oczywiście.
 Chętnie zostanę.

~***~
                   Byłem w domu w Rochester. Stałem pośrodku swojego czystego i schludnego pokoju. Ojciec od małego wpajał nam to, że mamy dbać o porządek. Tego też wymagał. By zawsze było czysto. Dlatego byłem przyzwyczajony do sprzątania czy składania ubrań w idealnie równe kupki.
                  Zmarszczyłem nos, widząc leżącą na środku biurka fotografię. Powoli podszedłem do mebla, a potem chwyciłem za zdjęcie. Poczułem nieprzyjemne ukłucie w klatce piersiowej, widząc na nim całą moją rodzinę. Tylko że moja osoba była przekreślona czarnym markerem. Jakbym już do nich nie należał. Zacisnąłem zęby, odrzucając zdjęcie. Opadło powoli na podłogę. Odwróciłem się, czując smutek i napływający żal, który wypełniał każdą komórkę mojego ciała. W momencie gdy zrobiłem krok do przodu, zrozumiałem, że nie jestem w pokoju sam. Od razu spojrzałem na wysokiego mężczyznę, siedzącego na łóżku. Jego usta wykrzywiły się w kpiącym uśmiechu.
 Myślałeś, że po tym wszystkim jesteś częścią nas?
                   Zimny dreszcz przebiegł mi po plecach, jak tylko się odezwał. Jego głos sprawił, że znów poczułem się, jak nic niewarty śmieć. Ojciec zawsze gardził osobami o innej orientacji. Nigdy nie rozumiał tego, że można kochać kogoś, kto jest tej samej płci. Uważał to za wypaczenie i chorobę. A któregoś dnia los sprawia, że jego własny syn staje się właśnie tym kimś. Kimś, kogo zupełnie nie potrafił zaakceptować.
 Nic nie zrobiłem.
 Nie?
                   Poderwał się raptownie z miejsca. Automatycznie odskoczyłem od niego. Zaśmiał się, mierząc mnie wzrokiem od góry do dołu. Pokręcił głową.
 Jesteś obrzydliwy. Jesteś chory. Jesteś… Jesteś porażką, z którą muszę żyć. I ja mam cię nazywać synem?
 Ja… Ja nie…
 Tu już nawet nie chodzi o to. Ty niczego nie potrafisz zrobić dobrze. Jesteś bezdomny. Jesteś nikim. To się nigdy nie zmieni. Przegrani zawsze są przegranymi. Twoja ucieczka miała ci pomóc? Uciekłeś od nas, gdy my chcieliśmy ci pomóc.
 Wy nigdy nie…
 A kto, jak nie my, Luke? To my o ciebie dbaliśmy. My daliśmy ci dach nad głową i wykształcenie. Miałeś praktycznie wszystko, a ty… Zrobiłeś z siebie to coś! Jesteś zerem.
 Nie…
 Jesteś pieprzonym zerem! Jesteś zerem, Luke! Jesteś zerem i zawsze nim będziesz!

~***~
                  Wyszedłem z pokoju, przecierając zaspaną twarz. Czułem, jak zaschło mi w ustach. Ruszyłem cicho przez salon, nie chcąc obudzić śpiącego na kanapie chłopaka. Wokół mnie było praktycznie ciemno, więc poruszałem się powoli, by na nic przypadkowo nie wpaść. Jedynym źródłem światła były uliczne latarnie, które sprawiały, że było widać zarys sprzętów i mebli znajdujących się w pokoju.
                 Dotarłem do kuchni. Pstryknąłem przełącznikiem. Wtedy też usłyszałem ruch, który dochodził z sofy. Kontrolnie odwróciłem się. Blondyn po raz kolejny poruszył się, zaciskając palce na pościeli. Wcisnął twarz w poduszkę, mamrocząc coś pod nosem. Jego oddech odrobinę przyspieszył, jakby to, co mu się śniło, wcale nie było czymś dobrym i przyjemnym. Zassał głośniej powietrze, przekręcając się na plecy. Dostrzegłem jego mokre policzki i kolejną łzę, która wypłynęła spod przymkniętej powieki. Ponownie zacisnął pięści na pierzynie, dalej wyrzucając z siebie słowa, których nie rozumiałem.
                Nie zastanawiając się dłużej, ruszyłem w stronę kanapy. Chciałem go w jakikolwiek sposób uspokoić, a najlepiej wyrwać z koszmaru, w którym ewidentnie się znalazł. Choć to był tylko zły sen, to i tak zrobiło mi się go żal. Nie zasłużył na to, by los katował go nawet w takich chwilach. I tak przeżył wystarczająco dużo.
                 Usiadłem obok. Blondyn znów nerwowo poruszył się, a część kołdry opadła na jego twarz. Od razu odgarnąłem ją. Nadal oddychał ciężko i spazmatycznie, co jakiś czas mrucząc pod nosem kolejne zdania, które nadal były dla mnie tajemnicą. Dopiero po chwili usłyszałem je znacznie wyraźniej, niż wcześniej.
 Luke.
 Nie, proszę…
 Luke, budzimy się. To tylko sen.
 Nie, ja… Przepraszam, ja…
 Luke  powiedziałem, dotykając jego ramienia.
                  Aż podskoczyłem, kiedy chłopak zerwał się do pozycji siedzącej. Zaczerpnął głośno powietrze, jakby nie mógł złapać normalnego wdechu. Odruchowo objąłem go, a on wtulił się w moje ciało, jak małe, bezbronne dziecko. Czułem, jak cały się trzęsie.
 Spokojnie, to tylko sen.
                  Jego palce zacisnęły się na mojej skórze. Powoli przejechałem dłonią po jego włosach, a potem plecach, czekając, aż się uspokoi. Nie byłem pewny, czy się obudził czy może nadal tkwił gdzieś na granicy jawy i snu.
 Luke, już nic się nie dzieje.
 Ja nie… Calum?  wydusił z siebie cichym, zaspanym głosem. Automatycznie odsunął się, zwieszając głowę.  Przepraszam.
 Ej, każdemu zdarzają się koszmary.
 Nie chciałem cię obudzić.
 Nie obudziłeś. To ja obudziłem ciebie  powiedziałem, próbując złagodzić atmosferę, która pojawiła się w pokoju. Czułem to, że jest zawstydzony i zażenowany tym, co się stało.  Trochę się rzucałeś i coś mówiłeś, ale nic z tego nie rozumiałem – pociągnąłem, pomijając ten fakt, że przy okazji wypuścił ze swoich błękitnych oczu także kilka łez.
 Przepraszam.
 Luke, naprawdę nic się nie stało. Złap oddech, uspokój się po tym gównianym śnie, a ja przyniosę ci coś do picia.
 Nie musisz i…
 Ale chcę. Zresztą mi też chce się pić. Okej?
                    Pokiwał głową, a ja uśmiechnąłem się. Przez zapalone światło w pomieszczeniu obok, pokój nie był, aż tak ciemny, jak wcześniej, więc obaj całkiem nieźle się widzieliśmy. Poklepałem go po ramieniu, a następnie wstałem z łóżka. Ruszyłem bez słowa do kuchni. Zanim jednak wszedłem do środka, zerknąłem przez ramię na blondyna. Dostrzegłem to, jak pospiesznie wyciera dłońmi mokrą od łez twarz. Domyśliłem się tego, że za wszelką cenę chce ukryć to, w jakim stanie się znajdował. Jakby był na granicy rozsypki. Co takiego mu się śniło? Na pewno nic dobrego. Ale nie zamierzałem go o to wypytywać. Przecież nie musiał spowiadać mi się ze wszystkiego.
                    Wyciągnąłem dwie szklanki, ustawiając je na blacie. Złapałem za butelkę. Odkręciłem korek, a następnie nalałem do nich niegazowanej wody. Zakręciłem butelkę z powrotem, odkładając ją na wcześniejsze miejsce. Złapałem za jedną ze szklanek. Przystawiłem ją do ust, wypijać na raz całą jej zawartość. Wziąłem drugą i wróciłem do salonu, gasząc po drodze światło. Podałem ją chłopakowi. Luke upił kilka łyków.
 Lepiej?
 Dziękuję. I jeszcze raz przepraszam.
 A ja ci jeszcze raz mówię, że nic się nie stało. Może włączyć ci telewizor czy…
 Nie boję się ciemności.
 Nic takiego nie powiedziałem. Ja na przykład po cholernie złym śnie zawsze włączam telewizor, by przekierować myśli na coś innego. Zazwyczaj niedługo po tym zasypiam z powrotem, a telewizor gra do rana, ale to już inna kwestia  odparłem z uśmiechem.  W razie czego, pilot jest na stole. Dobranoc.
 Dobranoc, Calum  odpowiedział, kiedy odwróciłem się.
                    Kiwnąłem głową, choć on nie mógł tego zobaczyć. Przeszedłem przez salon docierając do pokoju. Zamknąłem za sobą cicho drzwi. Tu było jeszcze ciemniej i choć mój wzrok się jakoś do tego przyzwyczaił, to i tak dotarłem do łóżka niemalże po omacku. Wszedłem na materac, przykrywając się kołdrą. Jak tylko ułożyłem się wygodniej, usłyszałem cichy głos dochodzący zza drzwi. W salonie zrobiło się też nieco jaśniej. Luke właśnie włączył telewizor. 


***
Calum i Luke znowu razem. Tym razem mieli małe zajęcia w kuchni, choć chyba do MasterChefa im daleko :D Chemia między nimi jakaś jest, więc panowie... Może jakiś konkretniejszy Cake moment? Chyba to jednak dla nich za szybko XD
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu.

Standardowo zapraszam na Aska i Twittera - @RoxyDonau

Pozdrawiam i do następnego!

#SaveMeFF

1 komentarz: