środa, 21 czerwca 2017

#09 Co daje ci to szczęście?

               Wyszedłem z łazienki. Pierwsze, co poczułem, to zapach robionych tostów. Przełknąłem ślinę, czując się naprawdę głodny. Usłyszałem ciche skwierczenie sera, ale to szybko zniknęło, a dźwięk ten zmienił się w zwykłą krzątaninę chłopaka, który kręcił się przy blacie. Poprawiłem odruchowo koszulkę, idąc w stronę pomieszczenia, w którym się znajdował.
              Jak tylko minąłem próg, ciemne oczy Caluma skierowały się wprost na mnie. Na jego twarzy wymalował się uśmiech, który tak często nie schodził z jego ust. Chciałem odpowiedzieć tym samym, ale jedyne, co mi wyszło, to niekształtny grymas. Spuściłem wzrok, a potem podszedłem do krzesła. Skupiłem błękitne tęczówki na kubku z parującą kawą. Robiłem wszystko, by nie spoglądać w kierunku Hooda.
               Nadal byłem zażenowany tym, co stało się w nocy. Zostałem pokonany przez koszmar, który mi się przyśnił i to akurat wtedy, gdy spałem pod jego dachem. Wtedy, kiedy on był obok. Chociaż z drugiej strony dzięki jego obecności szybko się uspokoiłem, to jednak gorzki smak porażki nadal gdzieś tlił się wewnątrz mnie. Nie chciałem, by Calum uważał mnie za kretyna, który nie potrafi się opanować. Który boi się własnych snów. Mimo że nie skomentował tego w żaden negatywny sposób, ba, nawet się nie śmiał, to i tak czułem się, jak kompletna ofiara losu. Jak jeden wielki przegrany, którym byłem.
 Luke, dobrze się czujesz?
 Tak, nic mi nie jest  wydusiłem, siląc się na to, by mój głos brzmiał pewnie.
 Czy ty się mnie wstydzisz?
               Kiedy to powiedział, od razu podniosłem głowę. Znalazłem w końcu w sobie odwagę, by znów na niego spojrzeć. Poczułem na policzkach lekkie rumieńce, gdy napotkałem jego brązowe tęczówki. Zacisnąłem usta, a potem pokręciłem głową, nie wyduszając z siebie żadnego słowa, co było jeszcze większym kretynizmem. Ale w tym momencie naprawdę zabrakło mi języka w gębie. Poziom zażenowania wzrastał, a ja miałem ochotę zapaść się pod ziemię.
 Jeśli chodzi o to, co stało się w nocy, to… Nie wiem, czym ty się przejmujesz?  odparł, wzruszając ramionami. Na jego twarzy nadal widniał szeroki, przyjazny uśmiech.  Nieraz w czasie snu objawiają się nasze najgorsze lęki. To normalne się bać. Każdy się czegoś boi.
 A ty, czego się boisz?
 Samotności  odpowiedział bez zawahania.  To chyba mój najgorszy lęk. Samotność.
 Nie jesteś samotny.
 Niby nie… Ale jak to mówią, czasami czujemy się samotni, mimo tego, że otaczają nas ludzie.
 Teraz… Teraz też czujesz się samotny?
 Nie  powiedział, kręcąc głową.  Ty tu jesteś.
 Sam powiedziałeś, że można czuć się samotnym w otoczeniu ludzi, więc…
 Przy tobie nie czuję się samotny  odparł z uśmiechem, a potem odwrócił się w stronę blatu.
                 Przez chwilę wpatrywałem się w jego plecy. Calum wyciągnął kolejne tosty na talerz. Odruchowo przetarłem palcami oczy, które po jego słowach odrobinę się zaszkliły. Naprawdę nie chciałem jeszcze mu się tu dodatkowo rozklejać, ale to, co powiedział było z jednej strony cholernie smutne, jak i prawdziwe. Opisywało też w jakimś stopniu mnie. Bo ja bez niego też odczuwałem samotność. Teraz jednak nie moja osoba była ważna. Ważny był dla mnie ten stojący przede mną chłopak. Młody mężczyzna pełen dobroci i ciepła. Otwarty na innych, bez względu na status społeczny. Ta osoba, która potrafiła bezinteresownie wyciągnąć pomocną dłoń, nawet nie chcąc nic w zamian. Calum powinien być szczęśliwy. Jak najczęściej. Wiedziałem, że pod tym względem byłem dość naiwny i głupi, bo cholernie pragnąłem tego, by dawać mu to szczęście. Prawda jednak była taka, że nie byłem wystarczająco dobry, by być tym, kim chciałem dla niego być. Nie mogłem się, aż tak oszukiwać.
 Mam nadzieję, że ci lepiej  powiedział, stawiając przede mną talerz pełny ciepłych tostów.
 Tak, dziękuję.
 Powiesz mi, co ci się przyśniło?  zapytał, siadając obok.
 Węże.
 Węże?
 Pełno cholernych, wijących się węży, które mnie dusiły. I kazały stepować.  Hood zrobił wielkie oczy, a potem zakrył ręką usta. Widziałem, że próbuje nie parsknąć śmiechem.  A ja naprawdę nie chciałem tego robić. Więc dusiły mnie dalej. Nienawidzę węży.  Złapałem za jednego tosta.  Możesz się śmiać, nie zabraniam. To głupie, ale… Przerażające.
 Stepować?  odparł powoli, unosząc jedną brew.
 Mówiłem, że to głupie  pociągnąłem, machając wolną ręką.
 To dziwne.
 I głupie.
               Zerknąłem na Caluma. Chłopak zagryzł wargę, nie odrywając ode mnie wzroku. Nie wytrzymałem i zacząłem cicho chichotać pod nosem. Po chwili on do mnie dołączył, a nasz coraz to głośniejszy śmiech wypełniał powoli pomieszczenie.
               Wiedziałem, że nie powinienem kłamać. Byłem jednak zbyt wielkim tchórzem, by przyznać się do prawdy. Mój ojciec zawsze mnie w jakiś sposób przerażał, a to, co działo się w tym śnie, było wizualizacją tych lęków. On wyśmiewający i gardzący mną. Wyklinający los za to, że ma takiego syna. Geja i nieudacznika w jednym. Syna, który nie potrafi niczego zrobić dobrze. Który zawsze przegrywa.

                Dzisiaj więcej chodziłem, niż grałem. Nie umiałem się skupić. Ciągle odpływałem w stronę porannej rozmowy, którą odbyłem z Calumem w kuchni. Przez to często się zawieszałem, a moje palce zamierały na strunach. Spacerowanie po Bostonie było zdecydowanie lepszą opcją, jaką mogłem wybrać. Jakby krążenie po szarych chodnikach i spoglądanie na kolorowe domy czy wystawy, pomagało odrobinę zmniejszyć natłok myśli. 
                Pomimo tego, co działo się w nocy i tak zgodziłem się na kolejną wizytę u Hooda. Chłopak, tak jak poprzednio, zaproponował mi to przed samym wyjściem do pracy. Powiedział też dokładnie, o której będzie z powrotem. Zdecydowanie wolałem spędzać czas z nim, niż tkwić w przepełnionej noclegowni. Doceniałem ciszę, jaka panowała w mieszkaniu Caluma. Chociaż i tak największym plusem tego wszystkiego był on sam. Po prostu jego zbawienne dla mnie towarzystwo.
                Jak tylko zorientowałem się, która jest godzina, postanowiłem zakończyć spacer i wrócić pod cukiernię. Nie chciałem minąć się z chłopakiem. Czy byłem od niego uzależniony? W jakimś stopniu na pewno. Kiedy był obok, czułem się lepiej. Zapominałem o złych rzeczach, bo on skutecznie potrafił zająć moje myśli czymś innym. Wystarczyła zwykła rozmowa na błahy temat, a Calum miał na sobie całą moją uwagę. I mimo tego, że nie znaliśmy się nad wyraz długo i mogło to z boku wyglądać dość dziwnie, to jednak zupełnie mi to nie przeszkadzało.
 A ty, gdzie znowu byłeś?
                Podniosłem głowę, spoglądając na Betty, która wyłoniła się z cukierni. Oparła dłoń na talii, czym przypominała mi te wszystkie komediowe mamuśki, które można było znaleźć w znanych produkcjach. Zaśmiałem się cicho, nie mogąc się powstrzymać. Kobieta przekręciła oczami, machając na mnie palcem, jakbym zrobił coś złego.
 Szukałaś mnie?
 Pewnie idziesz do Caluma  powiedziała, a ja uniosłem brwi z zaskoczeniem.  Oj, przestań. Może jestem stara, ale nie jestem ślepa. Dzisiaj znów od niego wychodziłeś.
 Ja… Bo…
 To urocze. Wasza dwójka wygląda razem uroczo.
 Jesteśmy tylko…
 Przyjaźnicie się?  Nie byłem pewny, czy możemy naszą relację określić w ten sposób, ale i tak pokiwałem głową.  Niech ci będzie. Powiedzmy, że się przyjaźnicie.
 Betty, tylko bez zbędnych insynuacji.
 Ja nic przecież nie robię  odparła ze śmiechem. 
               Następnie zniknęła za drzwiami. Po chwili wyłoniła się z powrotem, wciskając w moje dłonie zapakowaną w przezroczystą reklamówkę, niewielką paczkę.
 Co?
 To dla was.
 Ale…
 Tak na miłe popołudnie.
 Betty…
 No już, już  pociągnęła, klepiąc mnie po policzku, niczym prawdziwa stereotypowa ciotka.  Calum właśnie przyjechał. Idź się ładnie przywitać. Koniecznie powiedz, że to od ciebie. Będzie mu miło.
 Ale…
– Idź już  odparła, popychając mnie w stronę krawędzi ulicy.
                  Mój wzrok popłynął w stronę bloku, przy którym zatrzymał się granatowy samochód, który bardzo dobrze znałem. Po chwili wysiadł z niego Calum. Od razu odwrócił się, jakby był pewny, że spotka mnie przy cukierni. I wcale się nie pomylił. Uśmiechnął się szeroko, machając na mnie ręką, bym do niego podszedł. Pomachał też Betty, która podskakiwała tuż obok mnie, odpowiadając mu tym samym.
 Bawcie się dobrze  powiedziała jeszcze, a potem zniknęła za drzwiami lokalu. Ja czasami za nią naprawdę nie nadążałem.
                   Kiedy Hood otworzył bagażnik, wyciągając z niego kilka reklamówek z zakupami, ocknąłem się. Dopiero wtedy doszło do mnie to, że nadal stoję na chodniku, jak kretyn. Nie czekając dłużej, ruszyłem w jego stronę. Niecałe dwie minuty później, zatrzymałem się obok samochodu.
 Cześć, Luke.
 Cześć.
 Pomożesz mi?  zapytał, biorąc dwie kolejne siatki.  Mam jeszcze zgrzewkę wody do zataszczenia.
– Jasne, poczekaj. Ja ją wezmę.
 Dzięki.  Zamknął samochód, jak wydobyliśmy z niego wszystkie zakupy. Obaj ruszyliśmy w stronę drzwi do budynku.  Ale duchota. Nie zdziwię się, jak to niedługo lunie.
 Będzie burza.
 Też tak myślę.  Otworzył drzwi, przetrzymując je, bym mógł wejść pierwszy.  Standardowo oglądamy film? Chyba że wolisz jakiś serial?
 Ja… W sumie…
– Albo… Pogramy na konsoli  odparł ze śmiechem.  Mała rywalizacja, Lukey?
                   Automatycznie spuściłem głowę, czując nagły przypływ gorąca. Wcale bym się nie zdziwił, jakbym znów oblał się rumieńcem po jego słowach. Ale Hood tak właśnie na mnie działał. Przy nim nie mogłem się opanować. I jeszcze ten sposób, w jaki wypowiedział moje imię. A było to naprawdę przyjemne. Skłamałbym, gdybym zaprzeczył temu, że moje serce po tym jednym wyrazie nie przyspieszyło.
 Co jest?
 Nie, nic  rzuciłem, kiedy zaczęliśmy wchodzić po schodach.
 O matko, przepraszam.  Zerknąłem na niego.  Pewnie nie lubisz, jak tak się do ciebie mówi.
 Nie, bo… Nikt w sumie nigdy tak do mnie nie powiedział.
 Nikt? Matka, ciotka, kuzynka, były chłopak?  Pokręciłem głową. – To przynajmniej jestem pierwszy. Ale żeby było jasne, nie będę już się tak do ciebie zwracał.
 Nie, w porządku.
 Nie przeszkadza ci to?  Po raz kolejny pokręciłem głową.  To dobrze, Lukey – dodał z uśmiechem, a ja od razu go odwzajemniłem.
                    Weszliśmy do mieszkania. Ściągnęliśmy buty, a potem od razu skierowaliśmy się w stronę kuchni. Postawiłem zgrzewkę wody na samym końcu pod blatem, w miejscu, w którym zawsze ustawiał napoje. Wyprostowałem się i odwróciłem w kierunku chłopaka. Calum zabrał się za szybkie rozpakowywanie zakupów.
 Dzisiaj będzie pieczony kurczak, co ty na to? Pasuje?
 Pewnie. Pomóc ci?
 Jeśli chcesz.  Hood zerknął na moje dłonie.  Co tam masz?
                  Dopiero po jego słowach przypomniało mi się to, że nadal mam w rękach coś słodkiego od Betty. Kobieta chciała, by dostał to Hood. By było ode mnie. Zagryzłem lekko wargę, podchodząc do niego. Wysunąłem reklamówkę przed siebie.
 Dla ciebie  wydusiłem, przekazując mu niewielką paczuszkę.
 Dziękuję. Nie musiałeś  odparł, uśmiechając się szeroko.  Zobaczmy, co tam jest.
                 Położył siatkę na blacie. Zanurzył w niej ręce, by sięgnąć za brązowy papier. Następnie wyciągnął go i rozwinął. Wtedy też zorientowałem się, że Betty nie powiedziała mi, co dokładnie znajduje się w środku. Czy to będzie coś, co Calum lubi?
                Chłopak zaśmiał się, a jego dłoń ponownie zniknęła we wnętrzu papierowego opakowania. Gdy wyciągnął rękę, zrobiłem wielkie oczy. Między jego palcami znajdowało się niewielkie, korzenne ciasteczko w kształcie serduszka, z widocznym białym napisem love. Teraz miałem ochotę uderzyć się otwartą dłonią w czoło. Szybko i mocno. Tak, bym jeszcze bardziej zapamiętał to, że jednak jestem kretynem do kwadratu.
 Jedne z moich ulubionych  powiedział, nadal uśmiechając się.  Skąd wiedziałeś?
 Betty mi je poleciła  skłamałem, starając się brzmieć wiarygodnie.
 Za dobrze mnie pod tym względem zna  skwitował, od razu wkładając całe ciasteczko do ust.
                  Uśmiechnąłem się, słysząc, jak ze smakiem je chrupie. Chłopak wysunął torebkę z łakociami w moją stronę. Wziąłem jedno z ciastek i też wrzuciłem je w całości do buzi. Faktycznie były przepyszne. Zresztą u Betty nie natrafiłem jeszcze na nic, co by mi nie smakowało.
                Zsunąłem z pleców futerał z gitarą. Przeszedłem do salonu, stawiając instrument w kącie pokoju. Ściągnąłem też zawiązaną w pasie bluzę, przewieszając ją przez oparcie jednego z krzeseł. Następnie wróciłem z powrotem do kuchni. Hood w dalszym ciągu kręcił się przy zakupach, rozstawiając produkty na ich miejsce. Widziałem, że dalej zajada się ciasteczkami.
 Radzę jeść, póki jeszcze są  powiedział, ponownie wkładając dłoń do torebki.  Są tak smaczne, że zaraz ich nie będzie.
 Tak przed obiadem?  zapytałem dla zgrywy, uśmiechając się jednocześnie pod nosem.
 Mama nie widzi  rzucił ze śmiechem.  Jedz. Na ciebie też nikt nie patrzy.

                Był wieczór, kiedy za oknem rozpętała się ulewa. Deszcz bębnił w szyby, ale i tak częściowo był zagłuszany przez włączony telewizor. Byłem pewny, że w końcu zacznie błyskać i grzmieć. Że jest to tylko kwestią czasu, jak znów zacznie się mały, pogodowy Armagedon.
               Spojrzałem na siedzącego obok Caluma, który rozmawiał przez telefon. Niedawno skończyliśmy grać na konsoli. Miałem na swoim koncie więcej przegranych rajdów niż on. Zdecydowanie był w tym lepszy. Mimo tego i tak znakomicie się bawiłem. Jakbym nie robił tego od bardzo dawna. W końcu chłopak rozłączył się. Zablokował komórkę, a potem odłożył ją na stół. Zerknął na mnie, opierając się o oparcie sofy.
 Masz pozdrowienia od mojej mamy.
 Przy najbliższej okazji, pozdrów ją też  odpowiedziałem, upijając łyk ciepłej herbaty.
 Powiedziała, że chce cię poznać.
 Mnie?
 A widzisz tu kogoś innego?  odparł ze śmiechem, pukając mnie w ramię.  Moja mama jest ciekawską osobą. Podobnie, jak ja. Chociaż ja umiem się pohamować.
 Czy…
– Czy co? – rzucił, kiedy zamilkłem, nie wyduszając z siebie nic więcej.  Luke, wiesz, że możesz śmiało zadawać mi pytania.
                  Zacisnąłem zęby, nie chcąc za bardzo wchodzić w ten temat. Choć z drugiej strony teraz nabrałem w końcu na to odwagi. By wyjawić mu prawdziwy powód, dlaczego znalazłem się w Bostonie. By w końcu powiedzieć na głos to, co od dłuższego czasu ukrywałem. Calum zasługiwał na szczerość z mojej strony. Chyba była to odpowiednia pora, by zacząć mówić.
– Czy twoi rodzice nie mają nic przeciwko, że…
 Że?
 Że możesz potencjalnie spotykać się z chłopakiem?
 Nie  odpowiedział, kręcąc szybko głową.  Akceptują mnie, bez względu na moją orientację. Zawsze tacy byli. Nigdy im to nie przeszkadzało. Nigdy nie dali mi odczuć tego, że przez to jestem gorszy  pociągnął, siadając bardziej naprzeciwko mnie. Znów się uśmiechnął. – Pewnie w końcu mama i tak tu wpadnie, by poznać mojego nowego kolegę.
 Nowego kolegę?
 Tak o tobie mówi. Mojego taty raczej szybko nie zobaczysz. Przez pracę często siedzi w Europie.
                   Pokiwałem głową, a potem skupiłem wzrok na swoich palcach, którymi od jakiegoś czasu zacząłem się bawić. Wiedziałem, że jest to dobry moment, by przyznać mu się do swojej sytuacji. Nie wiedziałem tylko za bardzo, jak zacząć. Na szczęście Calum pomógł mi jednym niewinnym zdaniem.
 Mów. Widzę, że masz jeszcze jakieś pytania.
– Skłamałem  powiedziałem cicho.
 Co?  odparł, nachylając się, by lepiej mnie słyszeć.
 Skłamałem przy śniadaniu. Wcale nie śniły mi się węże  wydusiłem, zerkając na niego. Hood zamrugał, nie odrywając ode mnie wzorku.  Koszmarem był mój ojciec, który… On zawsze to robił.
 Co dokładnie? – zapytał z niepokojem.
 Zawsze był wymagający i surowy. Człowiek pełen zasad, które inni też powinni przestrzegać. Kiedy dowiedział się…  Wziąłem głębszy wdech, a Calum poklepał mnie po ramieniu, by dodać mi pewności siebie.  Kiedy przyłapał mnie z chłopakiem, wszystko się posypało. Jego wieczne obrażanie mnie, czepianie się tego, kim jestem, doprowadziło do tego, że zostałem sam. Mój chłopak mnie zostawił. Nie mógł znieść takiego podejścia i postawy, jaką mieli rodzice. Moja matka też uważa, że takie osoby, jak ja, powinny udać się na leczenie, bo to jest coś, czego można się pozbyć. Jak jakieś choroby i… Byłem, a raczej nadal jestem dla nich najgorszym dzieckiem. Kogoś, kogo się wstydzą.
 Nie jesteś najgorszy  powiedział, po raz kolejny dotykając mojego ramienia.  Nigdy tak o sobie nie myśl.
 Sam też w końcu nie wytrzymałem. Spakowałem się i uciekłem do Bostonu, a… Resztę historii już znasz.
 Więc uciekłeś przez nich? To przez to wasza relacja jest właśnie taka?
 Nie mogłem dłużej siedzieć w tym domu, ja…  Nabrałem głośniej powietrza w płuca.  Nie chciałem dalej czuć się, jak śmieć. Jak nic niewarty wybryk natury, którego musieli trzymać pod dachem.  Poczułem, jak po raz kolejny tego dnia, napływają mi do oczu łzy. Na szczęście udało mi się je opanować.
 Nie jesteś żadnym wybrykiem natury i nigdy tak o sobie nie myśl. Miłość to miłość. Nie robisz nikomu krzywdy, kochając osobę tej samej płci. Zresztą nikomu nic do tego.
 Najgorsze w tym wszystkim jest to, że to przecież moja rodzina i…  Pokręciłem głową, urywając w połowie zdania.
 Luke, może i oni w końcu dojrzeją do tego, by mieć normalne i zdrowe podejście w tej kwestii? Może potrzebują znacznie więcej czasu? Nie wiem, co dokładnie siedzi im w głowach, ale jeśli nie chcą cię stracić, to powinni się obudzić. Może w końcu się obudzą?
 Ale przynajmniej mój ojciec miał w jednej sprawie rację. Jestem nieudacznikiem.
 Wcale nie.
– Wystarczy spojrzeć na to, w jakim miejscu teraz jestem. Gdzie wylądowałem.
 Każdemu nieraz coś nie wyjdzie. Czasem los jest kurewsko okrutny. Ty nie jesteś złym człowiekiem, Luke. Nie jesteś też nieudacznikiem. A przynajmniej nie dla mnie. Nigdy tak cię nie odbierałem. Po prostu teraz masz… Większego pecha. Ale to się w końcu zmieni. To musi w końcu się zmienić. No i masz mnie. Tego, który będzie ci to wbijał do głowy, dopóki naprawdę sam w to nie uwierzysz  powiedział, pukając mnie lekko w czoło, przez co uśmiechnąłem się pod nosem.
                Podniosłem ponownie wzrok, by znów na niego spojrzeć. Calum znajdował się znacznie bliżej, przez co dokładniej mogłem się przyjrzeć jego ciemnym oczom, które tak bardzo uwielbiałem. I naprawdę mógłbym się w nie wpatrywać jeszcze przez długi czas. Teraz widniała w nich także troska. On również się uśmiechał. A ten uśmiech był jak zwykle przepełniony ciepłem. Hood mnie do siebie przyciągał, jakby był moim prywatnym aniołem stróżem, który pojawił się na mojej drodze wtedy, gdy najbardziej go potrzebowałem. Był i pozwalał na nowo czuć. Pozwalał odżyć i znów doceniać to, co się ma. Sprawiał, że dzień stawał się lepszy. Ja też czułem się lepiej.
                W tym momencie nie wiem, co mi odbiło. Dlaczego zareagowałem na to w taki sposób. Przecież Calum niczego nie robił. Po prostu siedział znacznie bliżej, przejeżdżając palcami po moim ramieniu w kojącym i uspakajającym geście. Nie robił nic więcej. Kiedy zdałem sobie sprawę, jaka dokładnie odległość nas dzieli, zadziałałem pod impulsem. Moje serce momentalnie przyspieszyło, gdy tylko o tym pomyślałem. W głowie pojawiła się irracjonalna myśl, że jeśli teraz nie wykorzystam okazji, to już nigdy tego nie zrobię.
                Nie czekając dłużej, dotknąłem jego policzka, a potem z lekkim zawahaniem nachyliłem się jeszcze bardziej. Musnąłem jego usta swoimi, przymykając automatycznie powieki. Zatrzymałem się w tej pozycji nieco dłużej. Kiedy jego dłoń, przejechała po skórze na mojej szyi, momentalnie straciłem resztkę pewności siebie, jaka mi została.
                Odskoczyłem od niego, zaczerpując szybko powietrze. Zrobiłem wielkie oczy, czując się, jak prawdziwy idiota. Dodatkowo poczerwieniałem z zażenowania na twarzy. Teraz wstydziłem się swojego zachowania. Miałem ochotę wstać i uciec z jego mieszkania. I chciałem to zrobić, jak najprędzej.
 Przepraszam  wydusiłem, nie potrafiąc powstrzymać drżącego głosu.  Nie wiem… Naprawdę nie wiem, dlaczego to zrobiłem, ja… Przepraszam… Nie chciałem, byś poczuł się źle czy… Może ja… Chyba będzie lepiej, jak po prostu sobie pójdę i… Przepraszam.
– Ale ja się wcale nie gniewam  powiedział z uśmiechem.  Wyluzuj, to było miłe, a nawet bardzo miłe i… Tak, zdecydowanie bardzo mi się podobało.
                  Zanim zdążyłem zareagować w jakikolwiek sposób, Hood ujął moje policzki w dłonie, a potem przybliżył się, składając na moich ustach odważniejszy pocałunek. Zaszumiało mi w głowie podwójnie, a serce znów załomotało w klatkę piersiową. To było tak dobre i czułe, że zapragnąłem więcej. Więcej jego. Więcej tego uczucia. Zakochiwałem się w nim coraz bardziej. Coraz mocniej. I musiałem w końcu dosadnie się sam przed sobą do tego przyznać.
                Rozchyliłem wargi, by mógł pogłębić i zwiększyć tempo pocałunku. Owinąłem ręce wokół jego karku, przywierając do niego jeszcze bardziej. Chłopak oparł ręce na moich biodrach, by po chwili przenieść je na plecy. Natychmiast poczułem przyjemny dreszcz, który przebiegł mi wzdłuż kręgosłupa. Byłem pewny, że i on to wyczuł. Odsunął się odrobinę, kiedy nasze oddechy były płytkie i przyspieszone. Spojrzałem po raz kolejny w jego ciemne tęczówki.
– Zdecydowanie bardzo mi się to podobało  powtórzył, delikatnie przejeżdżając palcami po moich policzkach.
 Mi też się to bardzo podobało  wyszeptałem, co sprawiło, że Calum znów się uśmiechnął.

                Leżałem na kanapie, wpatrując się w deszcz, który w dalszym ciągu bębnił i spływał po szybie. Wokół mnie panowała ciemność, a jedyne, co rozjaśniało nieco mrok, było wdzierające się do pokoju światło z latarni ulicznych.
               Przekręciłem się na bok. Uśmiechnąłem się pod nosem, gdy tylko przypomniałem sobie dzisiejszy wieczór. I ten pocałunek, który sprawił, że niewidzialna bariera między mną a Calumem zniknęła. Przekroczyliśmy razem granicę, której być może nigdy nie powinniśmy ruszać. Ale teraz nie miało to dla mnie znaczenia. Od samego początku uważałem, że Hood jest na całkiem innym, wyższym poziomie niż ja. On jednak nie widział tej różnicy między nami. Traktował mnie na równi. A to nasze zbliżenie tylko dodało mi pewności, że być może i on obdarza mnie czymś więcej niż zwykłą sympatią, jaką można darzyć znajomego czy kumpla. Cholernie chciałem, by moje przypuszczenia się sprawdziły. Cholernie chciałem, by takich czulszych momentów było między nami więcej.
                Mój uśmiech poszerzył się, gdy przymknąłem powieki, odtwarzając sobie to, co było później. Jego zadowolony uśmiech i ten wzrok, który wędrował po mojej twarzy, jakby chłopak badał ją na nowo. Jakby chciał ją, jak najdokładniej zapamiętać. Te oczy, które sprawiały, że czułem się ważny. Patrzył na mnie tak, jakby nie widział nikogo poza mną i to było tak bardzo przyjemne.
                Nie było jednak tak, że po pocałunku odsunęliśmy się od siebie, udając, że do niczego nie doszło. Ku mojemu zadowoleniu, Calum objął mnie, dając mi dodatkowe źródło ciepła i poczucie bezpieczeństwa. Wtedy nie miałem oporów, by przerzucić rękę przez jego brzuch i oprzeć głowę na jego klatce piersiowej. Od czasu do czasu jego palce przejeżdżały wzdłuż mojego ramienia, wywołując przyjemne, małe dreszcze. Tkwiliśmy tak razem na kanapie do momentu, w którym obaj nie poczuliśmy się senni. Wtedy Hood zadecydował, że pora kłaść się spać, choć nie było zbyt późno. Zaproponował mi nawet, że mogę spać z nim. Grzecznie odmówiłem, nie chcąc przesadzać. Zresztą mógł to powiedzieć też dla zwykłego żartu.
                 Rozchyliłem ponownie powieki. Mój wzrok zatrzymał się na komórce, którą zostawiłem na stoliku. Powoli podniosłem się do pozycji siedzącej, nie odrywając oczu od urządzenia. Skoro dzisiaj przyznałem się do wszystkiego, zrobiłem wielki krok w kierunku Caluma, a nasza relacja była wręcz znakomita, to czemu nie miałbym spróbować szczęścia i znów spróbować porozumieć się z rodzicami? Wiedziałem, że matka rzadko kiedy chodzi spać przed północą, a teraz powoli dochodziła ta godzina. Była typowym nocnym markiem i kładła się do łóżka późno w nocy. Przeważnie ślęczała w tym czasie nad krzyżówkami lub czytała kolejny oklepany romans.
                  Odgarnąłem kołdrę, a następnie usiadłem na skraju kanapy. Złapałem za telefon, odblokowując go. Jasny ekran odrobinę mnie oślepił, ale po chwili mój wzrok przyzwyczaił się do nowego źródła światła. Odszukałem odpowiedni kontakt. Przez moment wpatrywałem się w jego nazwę. W końcu wziąłem głębszy wdech i ignorując trzęsące się ze stresu dłonie, nacisnąłem zieloną słuchawkę. Kiedy usłyszałem pierwszy sygnał, poczułem, jak zaschło mi w gardle.
 Luke?
 Ja… Chciałem się tylko dowiedzieć, czy u was wszystko w porządku  wydusiłem cicho.
 Oczywiście, że tak. Kiedy zamierzasz wrócić?
 Nie wiem…
 Jak to nie wiesz? Luke, na litość Boską, my chcemy ci pomóc. Uciekając, wcale nie sprawiasz, że jest lepiej!
 Ale ja czuję się lepiej.
 To tylko tymczasowe. Wróć, a skontaktujemy się z odpowiednim psychiatrą i…
 Nie jestem chory!  syknąłem cicho. Nie chciałem podnosić mocniej głosu, szczególnie że Calum spał w pokoju obok.
 To można wyleczyć. Możesz znów…
 Znów co?  odparłem, natychmiast żałując, że w ogóle zdecydowałem się na to, by złapać za telefon.
– Możesz być normalny. Możesz znów być sobą.
 Jestem sobą.
 Nie, bo to co robisz jest wypaczeniem.
 Miłość do drugiego człowieka nie jest wypaczeniem, bo…
– Mylisz się. Miłość między dwójką mężczyzn jest zła, chora i wręcz… Zresztą…
 No, dokończ.  Matka wypuściła głośniej powietrze z ust.  Proszę bardzo, dokończ.
 Jest obrzydliwa. Nie można tego akceptować, Luke.
 Czyli mam rozumieć, że mnie po prostu nie akceptujesz?
 To choroba, ale możesz się jej pozbyć.
                 Zacisnąłem usta, kręcąc głową, choć ona nie mogła tego widzieć. Zasłoniłem twarz wolną ręką, czując, jak zaczynają piec mnie oczy. Brak akceptacji ze strony rodziny, było jednym z koszmarniejszych uczuć, z jakim się mierzyłem. Naprawdę zaczynałem już porządnie wątpić w to, czy oni kiedykolwiek zmienią do mnie podejście. Że spojrzą na to wszystko z tej innej strony.
 Z kim rozmawiasz?  Usłyszałem w tle. Momentalnie wstrzymałem oddech, gdy doszedł do mnie głos ojca.
 To Luke.
 Niech się nie wydurnia i wraca, kurwa, do domu. Ma skończyć studia i nie odwalać takich numerów! Już ja mu wybiję ten cały homoseksualizm z głowy! Mój własny syn odpieprza takie rzeczy! Mało miał?! Dostawał wszystko, a on…
                 Nie słuchałem dalej. Szybko rozłączyłem się, gdy na moich policzkach pojawiły się pierwsze łzy. Ojciec dorzucając swoje trzy grosze, skopał mnie psychicznie po raz kolejny. Potrafił to robić nawet na odległość. Wystarczył jego ostry i wkurzony ton, bym automatycznie się wycofał.
                 Odrzuciłem telefon na poduszkę. Zsunąłem się z kanapy, siadając na chłodnej podłodze. Owinąłem ręce wokół kolan, chowając w nich głowę. Było mi cholernie przykro. Byłem rozżalony i rozgoryczony tym wszystkim, co usłyszałem. A matka nawet nie zapytała się, co u mnie, czy daję sobie radę. Obchodziło ją tylko to, że jestem inny i kiedy udam się na leczenie, by wyplenić  jak to nazwała  to wypaczenie, które miałem. Dlaczego moi rodzice nie mogli być tacy, jak Caluma?
                 Jak tylko pomyślałem o chłopaku, cicho odwróciłem się. Spojrzałem w stronę zamkniętych drzwi, za którymi znajdował się Hood. W tym momencie tak bardzo chciałem, by przypadkowo wszedł do salonu. By nagle zachciało mu się pić czy iść do toalety. By znów był obok mnie. On pomagał mi trzymać się w garści, zatrzymując i cofając mój wewnętrzny rozpad, gdy tylko byłem na skraju rozsypki. Sprawiał, że znów czułem się normalny. W jego oczach nie byłem nikim złym. Nie robiłem niczego, co można by było potępiać. Był taki sam, jak ja.
                 Nie wiele myśląc, podniosłem się z podłogi. Złapałem za kołdrę. Wolno, stawiając krok za krokiem, szedłem w stronę pokoju, by po raz kolejny uzyskać od niego psychiczne wsparcie i ratunek. By raz jeszcze pomógł mi uzyskać spokój.

~***~
                   Powoli przysypiałem, choć moje myśli jeszcze gdzieś odpływały w stronę chłopaka, który spał w salonie. Do tego uśmiechu, błękitnych smutnych oczu i policzków, które zawsze zaróżowiały się, jak był zawstydzony. Jak szybko zwieszał głowę, gdy miał wrażenie, że powiedział lub zrobił coś, co według niego było nie na miejscu. Jak bawił się palcami, szukając odpowiednich słów lub zaciskał je, gdy się denerwował. Do jego ciepłego, spokojnego głosu, w którym można było wyczuć też wielką pasję, gdy mówił o tym, co go interesuje. Podobało mi się też to, jak na mnie zerkał, myśląc, że tego nie czuję i nie widzę.
                 Już od jakiegoś czasu zrozumiałem, że zaczynało mi na nim zależeć. Powoli, stopniowo to uczucie względem niego powiększało się. Uwielbiałem przebywać w jego towarzystwie, nawet jeśli perspektywą było tkwienie na kanapie przez cały wieczór. Chciałem, by czuł się przy mnie dobrze i bezpiecznie. Chciałem mu dawać wszystko to, co sprawiałoby, że byłby szczęśliwy. Choć on potrafił się cieszyć nawet z najmniejszej rzeczy. Pomału zatapiałem się w naszą relację, ale wszystko powiększyło się i niemalże eksplodowało, gdy dzisiaj wykonał odważniejszy krok. Zakochiwałem się w nim? Teraz byłem już pewny, że tak. Że to było właśnie to uczucie, które kierowałem w jego stronę.
                 Przekręciłem się na plecy, jeszcze mocniej zakopując się pod miękką pierzyną. Jak tylko to zrobiłem, usłyszałem ciche kroki, które zmierzały w moim kierunku. Po chwili drzwi od pokoju otworzyły się. Uniosłem się na łokciu, by spojrzeć na zarys sylwetki chłopaka.
 Mogę?  zapytał szeptem.
 Jasne, wchodź. Coś się stało?
– Ja… Powiedziałeś, że mogę z tobą spać, a… Tak cholernie nie chcę być teraz sam  odparł wilgotnym głosem.
 Luke, co się dzieje?
 Nic, po prostu… Ja… Naprawdę mogę?
 Pewnie  odpowiedziałem z niepokojem, nawet na moment nie odrywając od niego wzroku. Zrobiłem to dopiero wtedy, gdy wychyliłem się w stronę lampki, która stała na szafce.
 Proszę… Nie zapalaj światła, okej?  powiedział, jakby doskonale wyczuł mój mały plan.
 W porządku.
 Obiecuję, że nie będę ci przeszkadzał. Jak będę się rozpychał, to po prostu zepchnij mnie z łóżka. 
                   Nie zasłoniłem rolet, więc w pokoju nie było kompletnie ciemno. Chłopak usiadł na materacu i rozłożył przyniesioną kołdrę. Potem położył się na samym brzegu, nadal będąc odwrócony do mnie plecami. Przez moment obserwowałem go w ciszy, choć niewiele mogłem zobaczyć. Dostrzegłem tylko, jak lekko się zatrząsł, a potem doszedł do mnie cichy szloch, który chciał stłumić, przyciskając do ust pierzynę. 
 Powiesz mi, co się stało?
 Nic się nie dzieje.
 To wcale nie wygląda tak, jakby nic się nie działo  powiedziałem spokojnym tonem. Wyciągnąłem rękę, dotykając jego ramienia.  Mów. Wiesz, że mi możesz powiedzieć wszystko.  Chłopak wziął głęboki wdech.  Kiedy się wygadasz, zrobi ci się lepiej. Ta reguła przeważnie się sprawdza.
 Naprawdę nie wiem, co mi odbiło  zaczął, a ja nachyliłem się bardziej w jego stronę, by lepiej go słyszeć.  Byłem cholernie naiwnym kretynem.
 Dlaczego tak uważasz?  zapytałem, gładząc jego ramię.
 Zadzwoniłem do matki. Liczyłem na to, że normalnie z nią porozmawiam. Tak… Jak rozmawia matka z synem, gdy się długo nie widzieli. Ale ona zaczęła… Jak zwykle musiała poruszyć ten temat. Uznała, że jestem chory. Dalej trzyma się tego, że powinienem iść na leczenie i… Że to nie jest normalne, że to… A potem odezwał się ojciec i… Czy ja naprawdę jestem, aż tak wielkim zerem w ich oczach?
                    Jego wilgotny głos z każdym wypowiadanym słowem przyspieszał. Tak samo jak oddech, który stał się płytki. W wyobraźni widziałem jego zapłakaną i smutną twarz. Nigdy nie miałem takiego problemu ze strony rodziny. Nie mogłem więc wiedzieć, co dokładnie czuje. Ale domyślałem się, że nie jest to nic przyjemnego. Że mogli nie przebierać w słowach, krzywdząc go jeszcze bardziej, choć tak naprawdę nie robił niczego złego. Łamali go na każdym kroku, ale on się nie poddawał. Nie poddał się wcześniej i nie mógł poddać się i teraz.
 Nie jesteś zerem  powiedziałem, łapiąc go za ramię. Niemalże zmusiłem go do tego, by odwrócił się na plecy.  Nie jesteś zły, nie jesteś tym bardziej chory. I mogę ci to powtarzać przez następne godziny i dni, byś w końcu w to uwierzył.
 Wiem, ale… Za każdym razem, jak dzwonię, to… Wszystko wraca. Ten cały koszmar wraca i… Ja już nie chcę tak się czuć i…
 Spokojnie, Luke  odparłem, wycierając mu palcem kąciki oczu.  W Rochester też byłeś szczęśliwy, prawda? Wtedy, kiedy byłeś ze swoim byłym chłopakiem?  Pokiwał głową.  Tu tez możesz być szczęśliwy. I nie pozwól na to, by oni to zniszczyli. Jesteś tym, kim jesteś i nie zmieniaj się, bo jesteś cholernie fantastycznym facetem.
 Ale…
 Nadal nim jesteś, nawet w tym momencie. Wczoraj, teraz i będziesz nim jutro. To co, że los skopał ci tyłek? Pokaż innym, że jesteś silny. Dźwigniesz się z powrotem na nogi, tylko daj sobie trochę czasu. Powoli, bez pośpiechu. No i masz mnie. Jeśli będziesz tego potrzebować, będę cały czas obok. Okej?
 Calum?
 Tak?
 Mimo wszystko czasami jestem w Bostonie szczęśliwy.
 Co daje ci to szczęście?
 Ty. 
                  Gdy tylko to usłyszałem, uśmiechnąłem się szeroko. Nie wiele myśląc, nachyliłem się w jego stronę złączając nasze usta. Blondyn od razu odpowiedział na pocałunek, opierając jedną dłoń na moim karku. Jego wargi były mokre od łez, tak samo, jak policzki, ale nie to było ważne. Chciałem, by Luke był szczęśliwy już zawsze. I cholernie cieszyłem się z tego, że jestem głównym powodem tego, co mu je daje. To były jedne z tych słów, po których dostaje się skrzydeł, pragnąc oddać drugiemu człowiekowi całego siebie. Wszystko to, co ma. A on daje ci to samo.
                Odsunąłem się, a potem wróciłem na swoje miejsce. Usłyszałem, jak Luke wypuszcza cicho powietrze z ust. Zerknął na mnie, uśmiechając się lekko. Chyba byłem też dla niego dobrym poprawiaczem humoru. Złapałem za kołdrę, podnosząc ją.
 Chodź tu.
                Blondyn od razu odrzucił na bok swoją pierzynę, a potem zajął miejsce tuż przede mną. Opatuliłem go kołdrą, a on zaśmiał się cicho. Owinąłem ramiona ciasno wokół niego. Oparł głowę na mojej poduszce. Poczułem jego palce ocierające się o moje. Po chwili splótł je razem.
 Jutro mam wolne, więc mamy okazję, by porządnie się wyspać  powiedziałem, trącając nosem jego jasne włosy.  Nie myśl o tej rozmowie. Skup się na czymś przyjemnym i spróbuj zasnąć.
 Dobranoc, Calum.
 Dobranoc, Lukey. 


***
Luke znów się odtworzył przed Calumem i... Chyba chłopaki lubią się jeszcze bardziej niż wcześniej :) Może w końcu Hemmo będzie miał trochę spokoju i odpocznie od stresu? Może w końcu bardziej uwierzy w siebie? Zobaczymy.
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu.

Standardowo zapraszam Was na Aska i Twittera - @RoxyDonau
Tam znajdziecie informacje o tym, co i kiedy się pojawia.

Pozdrawiam i do następnego!

#SaveMeFF

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz